Zadany mi temat sugeruje pewne napięcie, na jakie skazany jest człowiek wiary. Porusza się on w przestrzeni pomiędzy własnym doświadczeniem Boga, które możemy nazwać osobistym spotkaniem, a doktryną, czyli usystematyzowaną treścią wierzeń sugerowaną przez społeczność religijną.
Problem, jaki sobie stawiamy wobec tego brzmi następująco: W jakich konstelacjach mogą pozostawać ze sobą wiara spotkania i wiara w doktrynę? Łatwo jest, po chwili namysłu, wyliczyć zasadnicze modele tych relacji. Mogą to być modele, w których wyklucza się jeden z branych pod uwagę członów, tzn. w imię wiary spotkania przekreśla się wiarę doktrynalną, lub odwrotnie. Są do pomyślenia także modele zawierające wzajemność, kiedy wiara spotkania znajduje swe zwieńczenie w wierze doktrynalnej, a wiara w doktrynę umożliwia wiarę spotkania.
Jednakże sprawa nie jest tak prosta, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Każde doświadczenie wiary jest całkowicie jednorazowe i niepowtarzalne, ponieważ rodzi się ze spotkania Boga i człowieka - ze spotkania osób. Przedmiotem naszej refleksji nie są doświadczenia, które da się powielić czy wydestylować w warunkach laboratoryjnych, w jednoznacznej postaci, jak to ma miejsce w naukach ścisłych.
Dlatego spróbuję wskazać takie biografie, w których przeważa, ale nigdy nie występuje w czystej postaci, jeden z wymienionych modeli. Wyrasta on, albo znajduje ujście w zupełnie innej relacji łączącej wiarę spotkania i wiarę doktrynalną. Będę próbował najpierw opisać ten skomplikowany mechanizm po to, aby na koniec refleksji wydobyć podstawowe warunki wzajemnej harmonii wiary spotkania i wiary w doktrynę. Czas narzuca ograniczenia, dlatego w swej refleksji będę się poruszał w obrębie tradycji chrześcijańskiej - najbardziej bliskiej nam, Europejczykom.




