Pytanie oczywiście było proste, odpowiedź okazała się oczywiście trudna. Martwa cisza, wciąż na nowo umierająca zbierała swoje żniwo. Podłoga już dawno nie mogła poszczycić się taką oglądalnością! Ptaki z nagrzanego od słońca parapetu odleciały, jakby nie chciały być świadkiem tej sceny. A ja dzierżyłem mą głowę w górze dzielnie, z nieprzymuszoną wiarą, nadzieją, a nawet miłością. Jak w wielkim kotle, który utworzyliśmy z zajmowanych przez nas krzeseł, mieszały się zapewne strach, wstyd, poczucie bezradności, pragnienie dzwonka…
- To jak, kim chcecie być? – zapytałem powtórnie.
Mijały kolejne minuty, w których powietrze nie mogło realizować swojego powołania do przenoszenia fal dźwiękowych.
- A co lubisz…? – jakby wołając o ratunek zwróciłem się do chłopaka po prawej.
- Yyyy… – wzrok w dół lub za okno, wszystkie cztery kończyny sennie tuż przy ciele, głos zaś jak z zaświatów – Nie wiem…
- Jak możesz nie wiedzieć, co lubisz!? Przecież coś musisz lubić, nie wierzę, że jest inaczej! – mój głos przybrał na sile, jakby chciał uczynić zadość powiedzeniu, że “w przyrodzie nic nie ginie”.
Nic to jednak, cisza trwała nadal, nawilżana potem coraz bardziej przerażonej grupy. Czas zbliżał się do końca, gdy wtem, z naprzeciwka dało się słyszeć delikatne słowa:
- Proszę pana, bo mnie się wydaje… mnie się wydaje, że lubię angielski… – dziewczyna nie wiadomo, czy w ramach heroicznej obrony honoru moich “współrozmówców” pokusiła się na skromną apologię.
- To wspaniale! Bardzo się cieszę! – nie kryłem radości i z uśmiechem kontynuowałem – A wiesz może, co dalej chcesz z tym faktem robić? Masz jakieś plany? Marzenia?
- Nie proszę pana, na razie wydaje mi się, że to lubię, mam dobre oceny [w tym momencie posągi na siedzeniach obok zaczęły z lekka kiwać swymi głowami wyrażając prawdopodobnie akceptację sądu Odważnej], ale nie mam żadnych konkretnych planów.
- Cieszę się zatem, że wiesz już, że to lubisz. To pierwszy krok do Twojego Sukcesu – dwa ostatnie słowa podkreśliłem atakując ich pierwsze sylaby – Teraz zacznij myśleć o tym, co chciałabyś osiągnąć, czym co jest związane właśnie z językiem angielskim chciałabyś się zajmować. Może uczyć w szkole, a może wykładać go na jakiejś wyższej uczelni? Może poznawać ludzi z całego świata, podróżować? Może wyjechać na stałe do Australii, USA, Wielkiej Brytanii czy innego anglojęzycznego kraju?
Oczy dziewczyny zapłonęły, wtórując niejako reakcją uśmiechowi, który równie szybko pojawił się po owej tej krótkiej wymianie myśli. Nic już nie było takie samo, widziałem pytania, które zrodziły się w niej, w głowie, w duszy i w sercu: “czy naprawdę mogę?”, “czy to mogłoby być faktycznie moim udziałem?”, “czy jeśli wiem, że tego chcę, to naprawdę wystarczy poświęcić się tej myśli i ją realizować, by stała się prawdą?”
Wkrótce zadzwonił dzwonek. Prowadzona przeze mnie lekcja religii z częścią jednej z klas pewnego krakowskiego gimnazjum dobiegła końca. Te 45 minut wiele mi uświadomiło. Być może żyjemy w czasach prawie nieograniczonych możliwości rozwoju, postępu techniki, psychologii, nauk społecznych i wielu innych jeszcze dziedzin. Jednak posiadanie przez sobą nawet i tysiąca wspaniałych dróg nie ma zupełnie znaczenia, dopóki któregoś dnia nie wejdziemy na choćby jedną z nich. Zrozumiałem, że często dzisiejszym dzieciom i młodzieży, ale także i wielu studentom, a nawet (może zwłaszcza?) naszym rodzicom nie tyle brakuje dróg rozwoju ile motywacji do ich wyboru. Pewnie łatwiej jest przeżyć życie włócząc się bez celu po osiedlach, siedząc na ławce, albo wpatrując się w ekran komputera czy konsoli. Pytanie jednak, czy w życiu chodzi tylko o to, by je “przeżyć”?
- A czy planem Boga na moje życie może być boksowanie? – niesięgająca mi nawet do ramion dziewczynka zadała pytanie podchodząc do mnie po lekcji, gdy wszyscy już wyszli, czym wprawiła mnie w niemałe zdumienie – Czy może być? Bo ja bardzo chciałabym to robić! Ale czy Bóg naprawdę może tego chcieć?
- A próbowałaś tego? Jesteś w tym dobra? Sprawia Ci to przyjemność? – nie mogłem sobie pozwolić na odpowiedź bez zbadania sytuacji.
- Taaak, boksuję już trzy lata, uwielbiam to… rodzice się o mnie boją, mówią, że to nie jest zajęcie dla dziewczyny… proszę pana, co mam robić?
- Po pierwsze modlić się. Modlić się, żeby Bóg Cię prowadził i realizował swój plan wobec Ciebie, On wie, co będzie dla Ciebie najlepsze. Jeśli chce, da Ci nauczyciela, szkołę boksu, później pracę. A rodzice? Boją się, ale jednocześnie od trzech lat pozwalają ci chodzić na zajęcia, opłacają je, przychodzą oglądać postępy… – uśmiech bokserki świadczył o nowym spojrzeniu na tą sytuację – Po drugie bądź najlepsza. Po prostu. Czytaj, oglądaj, trenuj, trenuj i trenuj. I pamiętaj: zdrowe ryby zawsze płyną pod prąd.
Motywacja jest dziś światu potrzebna chyba bardziej niż kiedykolwiek, to właśnie uświadomiła mi ta lekcja. Jak i to, że drogą naszego życia w cale nie musi być autostrada, która nie dość, że płatna, to i często mocno zakorkowana. Czasem trzeba się nie bać pojechać małą, nieuczęszczaną dróżką, którą wybierają tylko nieliczni. Ta 15-latka chwyciła kierownicę w rękawicach bokserskich. Ja zaś obrazek św. Krzysztofa i modlę się, by szczęśliwie podążała do celu.