Rzecz o Ghostwriterze
Zawsze uważałam, że nawet w obliczu pojawiających się kinowych nowości, należy zachować zimną krew i “nie rzucać się na kasy biletowe” już w pierwszym dniu projekcji filmu. Zwłaszcza jeżeli na półce w księgarni leży pozycja książkowa, będąca inspiracją tego filmowego szaleństwa. Najpierw lektura, potem przyjemność oglądania – taka była moja dewiza. Choć bardzo często prowadziła po prostu do rozczarowania kolejnymi ekranizacjami. Ale słowo pisane było ważniejsze. Było podstawą, bez której nie patrzyłam nawet w stronę kina.
Ale tym razem było inaczej. Nie było czasu na lekturę. W swym wariackim studenckim zabieganiu nie zauważyłam książki na czas. A potem było coraz gorzej. Data premiery, świetne recenzje i w końcu Srebrny Niedźwiedź w Berlinie. Autor Widmo Romana Polańskiego zaskoczył mnie i pozwolił złamać zasadę. X Muza tym razem królowała.
Kiedy zasiadałam z siostrą w kinowych fotelach, sala była pełna. Przyznać muszę, że z taką frekwencją dawno się nie spotkałam. Zaskoczyła też średnia wieku widowni – miło było poczuć się najmłodszymi widzami owego wieczoru. Światła zgasły, ekran ożył…
I cóż powinnam teraz napisać? Że było niesamowicie? Rewelacyjnie? Wartka akcja, wyśmienite role Pierca Brosnana i Ewana McGregora. I dwie kobiety – Kim Cattrall i Olivia Williams – doskonała prezentacja kobiecości i twardego charakteru. To wszystko prawda. Dodatkowo świetne prowadzenie kamery, zdjęcia, które nie pozwalają oderwać oczu. Co bym nie napisała – to wciąż będzie za mało. Ten film jednak wszystkim polecam. Rozumiem doskonale, że nie każdego interesuje polityka rządu brytyjskiego, czy mechanizmy działania CIA. Ale może po to, żeby przekonać się, że Bond, nie jest już agentem 007, ale prawdziwym aktorem. Może po to, żeby zobaczyć kamerlinga (poprzednia rola E. McGregora w “Aniołach i demonach”), który staje się na naszych oczach coraz dojrzalszym i lepszym aktorem.
Zdaję też sobie sprawę, że w odniesieniu do skandalu z Romanem Polańskim w roli głównej, niektórzy choćby dlatego nie wybrali się na ten film. Tu jednak chcę zaznaczyć, że nie powinniśmy oceniać go przez pryzmat błędów popełnianych w życiu osobistym. Gdyby nie był sławny, pewnie nawet o takiej sytuacji nie usłyszelibyśmy w mediach. Myślę, że należy zobaczyć w nim reżysera, a nie skandalistę z pierwszych stron gazet. A reżyserem jest doskonałym.
Tak właśnie pomyślałam, kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe. I wtedy rozległy się brawa. Najpierw nieśmiałe, zwiększające się z każdą chwilą. Ja też do nich dołączyłam. Bo film był tego wart. I pomyślałam również, że cieszę się i dumna jestem z faktu, iż Roman Polański jest Polakiem. Bo nam takich właśnie twórców kina potrzeba. Każdy bowiem reżyser, który tak fantastycznie potrafi zrobić film bez komputerowych efektów specjalnych, wykorzystujący w pełni potencjał aktora, jest dziś na wagę złota.
Kiedy piszę tę notkę, “książkowy” Ghostwriter leży tuż obok mnie. Już przeczytany. Lektura pozwoliła na dostrzeżenie pewnych niuansów słownych, skupieniu się na istotnych dla fabuły dialogach. I jak każda inna, dała przyjemność czytania i odkrywania tego, na co w filmie zabrakło czasu. Jednak zasady swej nie zmienię. Bo choć “Wilkołak” już w kinach, najpierw przeczytam, później obejrzę. Ale to już całkiem inna historia…
