Nie ma już słabości. Jest pewność.

dodano: 11 lipiec 2010, autor: Paulina Brągiel

Psycholog Elliot Aronson powiedział o człowieku, że jest istotą społeczną. Jesteśmy w nierozerwalny sposób związani ze społeczeństwem. Społeczeństwo nam pomaga się rozwijać, dzięki niemu realizując swoje potrzeby. Dlatego trudno nam żyć w pojedynkę. Mimowolnie dążymy do tego by być razem – w organizacjach, stowarzyszeniach, klubach. Tworzymy mniejsze i większe grupy, dając im dużo z siebie, dla siebie biorąc poczucie bezpieczeństwa, zrozumienia i świadomości, że jesteśmy potrzebni.
Także każdy nasz związek, bliska relacja z drugim człowiekiem, wiele dla nas znaczy. Kształtuje nas. Wychodzimy ze swojego kokonu egoizmu, by dać siebie drugiemu człowiekowi. Obdarować go swoim wnętrzem, swoimi uczuciami. W zamian dostajemy równie dużo – drugiego człowieka – z jego zaletami, wadami, doświadczeniem. Razem budujemy coś zupełnie nowego, wyjątkowego, co już nigdy się nie powtórzy…

Postanowiła nie liczyć tych kilku dni. Bo po co. Czy naprawdę ważny jest czas? 7 dni, cztery spotkania, 18 godzin rozmów, kilkanaście smsów. Po co liczby skoro nie da się zmierzyć tego, co zostało powiedziane. Nie da się wykalkulować tego, co mówiło tylko spojrzenie. Nie da się określić ceny przypadkowego dotyku.
Wiedziała dobrze, że to było jej dane tylko na chwilę, kiedy los postanowił swym skrzydłem oddalić całą rzeczywistość, a dać jej radość. Potrafiła to wykorzystać. Te kilka dni nauczyło ją, jak obdarowywać nie kalkulując, jak najwięcej i jak najlepiej. Dała więc swoje ciepło, swoją kobiecość i wrażliwość. Dała uśmiech, który jeszcze długo będzie tylko dla Niego. Dała prawdziwą siebie – z marzeniami, planami, wątpliwościami, frustracjami, drobnymi złośliwościami.
W zamian otrzymała tych kilka chwil we dwoje. Na nowo odkryła radość i zadowolenie. Dostała człowieka, odczarowanego, bez zbędnej otoczki gry pozorów i konwenansów. Rozkwitła jako kobieta, piękna, wartościowa, cudowna. Bo w jego oczach dostrzegła zachwyt, podziw.  Dzięki Niemu wie, że nie musi “grać na efekt”. Jest najlepszą wersją samej siebie. Dla siebie.
Nie nazywa tego co się stało. Nie nazywa uczuć, emocji, wrażeń. Nie musi tego robić, słowa są tu niepotrzebne. Pozostały zapachy, obrazy, miejsca.
I tak rodzą się wspomnienia…

paulina

Nocą z Nim

dodano: 26 maj 2010, autor: Paulina Brągiel

Czy zauważyliście kiedyś, jak niezwykły może być Kraków nocą? Nocą, kiedy zapalają się latarnie, a miasto pogrąża się w błogim śnie. Nie, nie mówię tu o odkryciu kolejnego krawężnika, podczas powrotu z imprezy. Raczej o chwili, kiedy Kraków bierze głęboki wdech, wycisza się i odpoczywa.

Kraków taki odkryłam ostatniej nocy. Po całym dniu spędzonym przed komputerem, pisząc prace zaliczeniowe, magisterkę, przygotowując się do sesji, poczułam jak mój mózg zakręca się w supełek – nie przepuszczając już żadnych informacji. Zmęczona, zrezygnowana marzyłam tylko o ciepłej herbacie i wygodnym łóżku. Ale plany planami, a noc potoczyła się zupełnie inaczej…

Zadzwonił On. Prawdopodobnie zmobilizował go “fejsbukowy” komentarz, że przecież, dawno temu, spacer mi obiecał. Grunt, że zadzwonił. I o tej dwudziestej trzeciej godzinie dnia zabrał na nocną wędrówkę.
A Kraków? Kraków mnie zachwycił – barwą, zapachem, atmosferą. Janek, po prostu student, nocą wychodzi na Rynek, bo tylko tam, i tylko w mroku dźwięk jego skrzypiec brzmi najpełniej, najsubtelniej. Ewa, w trampkach, w kontrowersyjnej “głowie Mitoraja” leży i słucha rytmu miasta. Rozmyśla, marzy, czasem popłacze. Lubi samotność, a tam jest bezpiecznie. Miasto pisało własną opowieść, a my – Ja i On – spacerowaliśmy.

Było cicho, było subtelnie, było bardzo szczerze. Przyćmione światła latarni ułatwiły to, co świt obnaża. Bo czasem trzeba z kimś porozmawiać. Tematy łatwe i trudne. Pytania bez odpowiedzi, ale nareszcie głośno wypowiedziane. Jak takie dwie istoty gąbczaste, które wyżalają się i nasiąkają żalami innych. Może niektórym wydać się to banalne, dziecinne, niedorzeczne. Jednak czy zawsze tak jest? W końcu życie przynosi nam różne niespodzianki. Jedne miłe, inne smutne. Boimy się ich. Przychodzą nagle, bez ostrzeżenia. Są jednostki silne, niezależne, którym wydaje się, że sobie poradzą, a nawet jeśli nie, to inni nie muszą o tym wiedzieć. Są i ci słabsi, którzy w ciepłej, miłej rozmowie szukają oparcia, rady, czy też odrobiny humoru. Ale są i ci, którzy świetnie sobie w życiu radzą, ale od czasu do czasu chętnie się na spacer wybierają. Zatem Ja i On, w świetle księżyca, otuleni historią, ciszą i zrozumieniem.

Jemu za ten spacer bardzo dziękuję. Bo mózgowy supełek się rozwiązał. Być może On mnie jeszcze nie raz na nocną wędrówkę zabierze. Jednakże razem, czy w samotności, pospacerujcie ciemnością otoczeni, by poznać miasto lub pokochać je jeszcze bardziej.

paulina

Mobilizacja, czyli jak Paulina na bloga wracała…

dodano: 24 maj 2010, autor: Paulina Brągiel

Czas i miejsce akcji: 22 maja, godzina 23:45, krakowski Kazimierz, Plac Nowy.
Bohaterowie: Paulina i Julia.

Julia
Miesiąc minął, a tu pusto.
Paulina
Gdzie pusto?
Julia
Na blogu. Nic nie piszesz. Za to mówisz dużo. A bloga zaniedbujesz…
Paulina
(zrezygnowana)
Hm, no nie wiem. Pomysły są, weny brak. A nie mogę narzekać również na brak wydarzeń. Festiwal Nauki, spotkanie z Terlikowskim, popołudnie z Matthew Pearlem…Na przykład pozwól, że Ci szybko opowiem. (ożywia się) Festiwal Nauki na Rynku można uznać za nasz mały sukces. Dość duże zainteresowanie naszymi namiotami było naprawdę satysfakcjonujące. Bardzo dobrze spisali się  Dziennikarze – młode to, ambitne, szalone, zakręcone. Było w namiocie wszystko – od karaoke, przez wywiady, warsztaty fotograficzne i telewizyjne, aż do szkoły wizażu telewizyjnego i “czytelni” prasowej. W tym roku nie mogło również  zabraknąć i warsztatów scriptorium, i żydowskich wycinanek, i konkursów, zabaw dla dzieci i młodzieży. Zaszaleli i filozofowie. W przeciągu trzech dni mogłaś poznać Newtona, dokonać samodzielnie przewrotu kopernikańskiego, podyskutować z Sokratesem, czy z Kartezjuszem. Słowem – przednia zabawa i fantastyczna atmosfera.
Julia
To nie na darmo przesiadywaliście w podziemiach…
Paulina
O nie! Te wszystkie godziny planowania, zbierania pomysłów, układania wszystkiego w sensowny scenariusz. Napracowaliśmy się, ale myślę, że było warto.
Julia
A Terlikowski? Nie mogłam dotrzeć, nie wiem, czy żałować?
Paulina
Ja żałuję każdego spotkania, na którym mnie nie ma, bo na każdym może być coś naprawdę wartościowego. Przede wszystkim pan Terlikowski przestał być wirtualną postacią ze swojego bloga i z prasy. Sympatyczny, z brzuszkiem, inteligentny, bardzo miły i bezpośredni. Dlatego możesz żałować. Co do samego spotkania… Widzisz, każdy z nas ma swoje ulubione tematy, dziedziny, w których się specjalizuje. Tomasz Terlikowski również.  Co prawda starał się odpowiedzieć na każde pytanie, poruszał tematy bardzo trudne, kontrowersyjne. Ale mnie osobiście, czegoś brakowało… Jednakże pan Terlikowski cieszy się dużą popularnością, więc przybyła spora grupa zainteresowanych. I dobrze, bo takich spotkań może być więcej.
Julia
Cóż, trudno, może innym razem. Za to na spotkaniu z Matthew Pearlem już byłam.
Paulina
I bardzo dobrze. Ale zabroniłaś mi książki kupować, więc muszę zadowolić się samym tylko zdjęciem. Ani autografu, ani lektury… (załamana)
Julia
Znając życie kupisz książkę i tak, przeczytasz, a ja potem na tych Twoich książkach będę kurze ścierać. Kupuj po kryjomu, to może nie zauważę kolejnych…
Paulina
Wracając jednak do autora. Niezwykle miły i skromny. Czytałam jego “Klub Dantego”. Wartka akcja, dobre dialogi, no i tajemnica, która faktycznie mnie zafascynowała. A teraz “Zagadka Dickensa”, czyli XIX wieczny, zamglony Londyn. (z nadzieją w głosie) Jeszcze przyjdzie czas na lekturę…
Julia
Ty i te Twoje lektury. Lepiej zabierz mnie do kina. Ostatnio zaniedbałaś wizyty u X muzy…
Paulina
Czasu brak. Ale warto się wybrać na “Samotnego mężczyznę” i “Proroka”. No
i “Robin Hood”…

Julia
(przedrzeźniając)
…a na nim już byłaś i to przede wszystkim dla Russella Crowe’a.

Paulina
Nie tylko… Sam duet Scott – Crowe był zachęcający. Od czasu do czasu warto się wybrać na taki film. Świetne zdjęcia, rewelacyjne poprowadzona kamera podczas bitwy w morzu, bardzo dobra muzyka. Historia też ciekawie opowiedziana. Robin, zanim został Hoodem i dlaczego tak się stało. A zestaw aktorów naprawdę wyśmienity. I nie mówię tu o Russellu, czy Cate Blanchett. Świetne kreacje stworzyli Mark Strong, jako Godfrey i Oscar Izaak, jako Książę Jan. Ojej… Wystygła mi zapiekanka…
Julia
Bo trzeba ją jeść, a nie tyle gadać. Pisz bloga!

I tak Julia (siostra moja, bo z nią najlepiej smakują “nocne zapiekanki”) mobilizatorem została.

paulina

…tylko guziki nieugięte…

dodano: 22 kwiecień 2010, autor: Paulina Brągiel

Choć już czwarty dzień po narodowej żałobie, trudno jednak znaleźć inny temat. Mnie osobiście wciąż przeszkadza radosna, skoczna muzyka. Do marynarki przypięty do dziś herb Krakowa przepasany kirem. I sama nie wiem, jak długo jeszcze…

- Mamo – zapytałam kiedyś – dlaczego w radiu o północy grają nasz Hymn?
- To taki znak, że kolejny dzień, przetrwaliśmy, jako wolne, niepodległe państwo.

Tamtego dnia, właśnie na ten Hymn czekałam najbardziej. Niespokojnie odliczałam ostatnie minuty tragicznej soboty. I “Mazurek…” wreszcie zabrzmiał. Majestatycznie, donośnie. Poczułam dumę, że jestem Polką. Ale wtedy również popłynęły pierwsze łzy – bezsilności i żalu.

Kolejne dni, to nowe informacje, spekulacje. To także powrót Wszystkich, których straciliśmy. Ale zamiast uśmiechniętych twarzy, na lotnisku proste drewniane trumny. W telewizji, w radiu, w internecie, jak pięć lat temu po śmierci Jana Pawła II, nie mówiło się o polityce, unikało się niepotrzebnych kłótni, oskarżeń, obraźliwych komentarzy. Do czasu.

Miejsce pochówku Pary Prezydenckiej wywołały fale niezadowolenia, głośnych dyskusji i żenujących protestów. Wiem i rozumiem, że każdy ma prawo do własnego zdania. Nie neguję tego. I może to swoje zdanie wypowiedzieć. Nie popieram jednak, a wręcz krytykuję to, co miało miejsce pod Kurią Metropolitalną. Tam, gdzie tak radośnie witaliśmy dwóch papieży, pojawiły się zaciśnięte pięści, wulgarne słowa. Nie, nie tak mogło być.

I uciekłam z Krakowa. Wraz z grupą przyjaciół – Sylwią, Izą, Jadzią, Wojtkiem, Tomkiem i Przemkiem – wsiedliśmy w pociąg do Warszawy. Każde z nas chciało bardzo osobiście pożegnać się i oddać hołd. Być blisko Nich, w Ich domu. Nie straszna nam była 10 godzinna kolejka…
Relacje mediów z Pałacu Prezydenckiego w jakiś sposób przygotowały nas na widok Sali Kolumnowej. Ale pokój z trumnami pracowników Kancelarii Prezydenta, to obraz, którego długo nie zapomnę. Chciałam stamtąd uciec, zawrócić. I tam w Warszawie, i po powrocie do domu, po raz kolejny nie wstydziłam się łez. Pozwoliłam im płynąć.

Byłam pewna, że w dniu uroczystości pogrzebowych nie zostanę w domu. Wejściówki do sektora szarego, zdobyte po pokonaniu kolejnej, tym razem krakowskiej kolejki, były cennym skarbem. Nie zdziwiło mnie nawet, że w niedzielę w wejściu na Rynek przywitała mnie następna kolejka. Ale było warto czekać. Bowiem atmosfery krakowskiego Rynku nie odda żadna telewizja. Ogromne wzruszenie, powaga, ale i życzliwość, zrozumienie – ludzie nie wstydzili się swoich emocji. Nie ważny był obraz na telebimie, ważne było to, że byliśmy tam razem, zjednoczeni w żalu i smutku. Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki “Boże, coś Polskę”, biało-czerwone flagi załopotały na wietrze. Uniesione wysoko, jak najwyżej. A my podnieśliśmy głowy…”Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”…

Nie chcę pisać i zastanawiać się, czy wydarzenia minionego tygodnia w jakiś sposób nas zmienią. To już zależy od nas samych. Niezależnie od naszych przekonań, upodobań politycznych, to jednak pamięć o ofiarach jest najcenniejsza.

Jeśli o nich zapomnę, Ty Boże na niebie, zapomnij o mnie…

paulina

Pamięć

dodano: 21 kwiecień 2010, autor: Joanna Mysona Byrska

Żałoba narodowa zakończona oficjalnie, ale nadal wiszą biało – czerwone flagi z kirami. Jeszcze nie wszyscy wrócili spod Smoleńska…
Czego się nauczyliśmy?
Przechodząc przez Stare Miasto na wielu budynkach zobaczyć można wiszące flagi, flagi noszą autobusy, tramwaje, można było zobaczyć również prywatne samochody z zatkniętą malutką biało-czerwoną chorągiewka przepasana czarną wstążką.
Tak wyglądało Stare Miasto.
Za miastem, a dokładnie pod miastem, widok był nieco inny. Udekorowane flagami szkoły i budynki będące siedzibą urzędów, firmy i zakłady pracy.

Ale tylko na nielicznych prywatnych domach zobaczyć można było wywieszone flagi. Przecież to tragedia całego narodu… Mieszkańcy domów pytani, czemu flag nie wywiesili odpowiadali: bo nie mamy flagi biało-czerwonej. Banalna odpowiedź. Zaczęłam się zastanawiać. Może kupno flagi to problem? W każdym sklepie dla fanów piłki nożnej flagę się dostanie, ale nie każdy jest fanem… Czy banalna odpowiedź jest wytłumaczeniem? I tak i nie. Bo flagę można uszyć, namalować. Ale może mieszkańcy nie widzieli potrzeby wieszania flag? Tylko dlaczego?
Można zapytać kim (czym) jest naród, co spaja naród, co powoduje, że ludzie czuja się narodem. Jak wyraża się poczucie przynależności do narodu?
To pytania do zastanowienia się, do refleksji.
Naród określany jest też przez wspólną pamięć o wydarzeniach istotnych dla wszystkich.
Pytanie jak pamiętamy i jak korzystamy ze wspólnej pamięci – może łączyć, spajać i dawać poczucie siły. Oby nie dzieliła.
Nad wejściami naszej uczelni wiszą czarne kiry. Przypominają, ale na tym nie kończy się ich rola i znaczenie

joanna

Dni Tischnerowskie

dodano: autor: Joanna Mysona Byrska

Za chwilę rozpoczną się kolejne Dni Tischnerowskie, już dziesiąte, a to znaczy,że minęło 10 lat od śmierci Profesora.
Miałam jeszcze możliwość słuchać wykładów z filozofii człowieka prowadzonych przez Księdza Profesora. 90 minut mówienia do rzeszy studentów, sala 111 była pełna. Na katedrze i przed nią studenci stawiali dyktafony – na kasety z taśmą teoretycznie długości 90 minut – żeby cały wykład się zmieścił. Po 45 minutach po głośnym trzasku pierwszego dyktafonu, któremu skończyła się taśma i trzeba było obrócić kasetę, ksiądz profesor przerywał wykład. Brać studencka rzucała się w kierunku dyktafonów, obracała nerwowo kasety. Nerwowość wynikała z prostej przyczyny – Profesor czekając, aż posiadacze urządzeń nagrywających ponownie je uruchomią, opowiadał dowcip. Szkoda, że większości nikt nie nagrał…
Organizatorzy Dni zapraszają na szereg ciekawych spotkań, debat i wykładów. Warto się na nie wybrać, ja też się wybieram i mam nadzieje spotkać liczne grono studentów:-).

joanna

“Oczy szeroko zamknięte…”

dodano: 10 kwiecień 2010, autor: Ryszard Święch

To nie było tak dawno, może 4 tygodnie temu. “Czy jest w życiu coś więcej?” – to pytanie zadałem sobie i grupie złożonej z gimnazjalistów i licealistów przybyłych na pierwsze spotkanie współprowadzonego przeze mnie Kursu Alpha. Pamiętam dokładnie jak wielkie zdziwienie pokazało się na ich twarzach, gdy poprosiłem ich, by wyobrazili sobie, że dzisiaj lekarz oznajmia im, że wykrył u nich śmiertelną chorobę i został im tydzień, dwa, miesiąc życia. “Co zmienilibyście w swoim życiu? Co przestałoby być ważne, a co nabrałoby znaczenia?” – te pytania wprawiły ich w niemałą zadumę. Wiele osób powiedziałoby, że takich pytań stawiać nie wypada, zwłaszcza młodym ludziom, że nie wypada wprawiać ich w zakłopotanie, prosić by myśleli o chorobach, śmierci.

Ja jednak szedłem dalej, zadałem najtrudniejsze, ale dla mnie niezwykle ważne pytanie: “Jak wyglądałby Twój pogrzeb, gdybyś umarł/a dzisiaj?” To kwestia niebagatelna. Kto by przybył? Rodzice? Rodzina? Przyjaciele, współpracownicy, znajomi z uczelni? A może ja nie mam takich osób? Może nikt by mnie nie wspominał? A może na mojej trumnie złożony by flagę Polski? Może grałaby orkiestra?

Śmierć jest doświadczeniem granicznym. Tu nic i nikt się nie ukryje, jest tylko Prawda. To w tym momencie okazuje się, kto był przyjacielem, a kto wrogiem; kim byliśmy dla ludzi, kim oni byli dla nas. Przede wszystkim jednak, dopiero wtedy okazuje się, czym było nasze życie. Czy w ogóle miało dla kogoś jakąkolwiek wartość. Czy przeszło bez echa, czy też było dziełem sztuki, które rzeźbiliśmy każdego dnia, które zapiszę się na kartach historii.

Dziś miałem grać koncert. Miał to być czas uwielbienia Boga, czas spotkania. Staraliśmy się przygotować wszystko tak, jak tylko jako studenci umieliśmy najlepiej. Rano o 9:30 miałem właśnie lekcję z 7-letnim uczniem, graliśmy Kurki Trzy, gdy jego Tata przyszedł i przekazał informację, którą podały agencje. Kuba nie zrozumiał chyba dokładnie tego, co się stało, ale my wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo. Mnie do końca lekcji z lekka drżały dłonie. O 12 zapadła decyzja o tym, że odwołujemy koncert., a około 18:30 odmówiłem nieszpory z officium za zmarłych…

Dziś oglądam relacje z całego świata. Wystąpienia przywódców USA, UE, Rosji, Francji, Niemiec, Czech, Litwy, Gruzji i wielu innych. Widzę rzeki ludzi, rzeki lampionów i kwiatów. Widzę piłkarzy Realu Madryt i Barcelony pochylających na minutę w milczeniu głowy. Tak jak i Żydów, którzy mimo Szabatu informowali, wysyłali depesze, co jest rzeczą niemal bez precedensu. Kto z nas może liczyć na takie pożegnanie? Na to, że cały świat zwróci swoje oczy na nasze życie? Kim trzeba być, aby na to zasłużyć?

I wciąż myślę o Śmierci. Bo być może Ona nie zawsze nasze oczy zamyka. Czasem chyba bardziej je otwiera…

ryszard

Donikąd – Do celu

Pytanie oczywiście było proste, odpowiedź okazała się oczywiście trudna. Martwa cisza, wciąż na nowo umierająca zbierała swoje żniwo. Podłoga już dawno nie mogła poszczycić się taką oglądalnością! Ptaki z nagrzanego od słońca parapetu odleciały, jakby nie chciały być świadkiem tej sceny. A ja dzierżyłem mą głowę w górze dzielnie, z nieprzymuszoną wiarą, nadzieją, a nawet miłością. Jak w wielkim kotle, który utworzyliśmy z zajmowanych przez nas krzeseł, mieszały się zapewne strach, wstyd, poczucie bezradności, pragnienie dzwonka…

- To jak, kim chcecie być? – zapytałem powtórnie.

Mijały kolejne minuty, w których powietrze nie mogło realizować swojego powołania do przenoszenia fal dźwiękowych.

- A co lubisz…? – jakby wołając o ratunek zwróciłem się do chłopaka po prawej.

- Yyyy… – wzrok w dół lub za okno, wszystkie cztery kończyny sennie  tuż przy ciele, głos zaś jak z zaświatów – Nie wiem…

- Jak możesz nie wiedzieć, co lubisz!? Przecież coś musisz lubić, nie wierzę, że jest inaczej! – mój głos przybrał na sile, jakby chciał uczynić zadość powiedzeniu, że “w przyrodzie nic nie ginie”.

Nic to jednak, cisza trwała nadal, nawilżana potem coraz bardziej przerażonej grupy. Czas zbliżał się do końca, gdy wtem, z naprzeciwka dało się słyszeć delikatne słowa:

- Proszę pana, bo mnie się wydaje… mnie się wydaje, że lubię angielski… – dziewczyna nie wiadomo, czy w ramach heroicznej obrony honoru moich “współrozmówców” pokusiła się na skromną apologię.

- To wspaniale! Bardzo się cieszę! – nie kryłem radości i z uśmiechem kontynuowałem – A wiesz może, co dalej chcesz z tym faktem robić? Masz jakieś plany? Marzenia?

- Nie proszę pana, na razie wydaje mi się, że to lubię, mam dobre oceny [w tym momencie posągi na siedzeniach obok zaczęły z lekka kiwać swymi głowami wyrażając prawdopodobnie akceptację sądu Odważnej], ale nie mam żadnych konkretnych planów.

- Cieszę się zatem, że wiesz już, że to lubisz. To pierwszy krok do Twojego Sukcesu – dwa ostatnie słowa podkreśliłem atakując ich pierwsze sylaby – Teraz zacznij myśleć o tym, co chciałabyś osiągnąć, czym co jest związane właśnie z językiem angielskim chciałabyś się zajmować. Może uczyć w szkole, a może wykładać go na jakiejś wyższej uczelni? Może poznawać ludzi z całego świata, podróżować? Może wyjechać na stałe do Australii, USA, Wielkiej Brytanii czy innego anglojęzycznego kraju?

Oczy dziewczyny zapłonęły, wtórując niejako reakcją uśmiechowi, który równie szybko pojawił się po owej tej krótkiej wymianie myśli. Nic już nie było takie samo, widziałem pytania, które zrodziły się w niej, w głowie, w duszy i w sercu: “czy naprawdę mogę?”, “czy to mogłoby być faktycznie moim udziałem?”, “czy jeśli wiem, że tego chcę, to naprawdę wystarczy poświęcić się tej myśli i ją realizować, by stała się prawdą?”

Wkrótce zadzwonił dzwonek. Prowadzona przeze mnie lekcja religii z częścią jednej z klas pewnego krakowskiego gimnazjum dobiegła końca. Te 45 minut wiele mi uświadomiło. Być może żyjemy w czasach prawie nieograniczonych możliwości rozwoju, postępu techniki, psychologii, nauk społecznych i wielu innych jeszcze dziedzin. Jednak posiadanie przez sobą nawet i tysiąca wspaniałych dróg nie ma zupełnie znaczenia, dopóki któregoś dnia nie wejdziemy na choćby jedną z nich. Zrozumiałem, że często dzisiejszym dzieciom i młodzieży, ale także i wielu studentom, a nawet (może zwłaszcza?) naszym rodzicom nie tyle brakuje dróg rozwoju ile motywacji do ich wyboru. Pewnie łatwiej jest przeżyć życie włócząc się bez celu po osiedlach, siedząc na ławce, albo wpatrując się w ekran komputera czy konsoli. Pytanie jednak, czy w życiu chodzi tylko o to, by je “przeżyć”?

- A czy planem Boga na moje życie może być boksowanie? – niesięgająca mi nawet do ramion dziewczynka zadała pytanie podchodząc do mnie po lekcji, gdy wszyscy już wyszli, czym wprawiła mnie w niemałe zdumienie – Czy może być? Bo ja bardzo chciałabym to robić! Ale czy Bóg naprawdę może tego chcieć?

- A próbowałaś tego? Jesteś w tym dobra? Sprawia Ci to przyjemność? – nie mogłem sobie pozwolić na odpowiedź bez zbadania sytuacji.

- Taaak, boksuję już trzy lata, uwielbiam to… rodzice się o mnie boją, mówią, że to nie jest zajęcie dla dziewczyny… proszę pana, co mam robić?

- Po pierwsze modlić się. Modlić się, żeby Bóg Cię prowadził i realizował swój plan wobec Ciebie, On wie, co będzie dla Ciebie najlepsze. Jeśli chce, da Ci nauczyciela, szkołę boksu, później pracę. A rodzice? Boją się, ale jednocześnie od trzech lat pozwalają ci chodzić na zajęcia, opłacają je, przychodzą oglądać postępy… – uśmiech bokserki świadczył o nowym spojrzeniu na tą sytuację – Po drugie bądź najlepsza. Po prostu. Czytaj, oglądaj, trenuj, trenuj i trenuj. I pamiętaj: zdrowe ryby zawsze płyną pod prąd.

Motywacja jest dziś światu potrzebna chyba bardziej niż kiedykolwiek, to właśnie uświadomiła mi ta lekcja. Jak i to, że drogą naszego życia w cale nie musi być autostrada, która nie dość, że płatna, to i często mocno zakorkowana. Czasem trzeba się nie bać pojechać małą, nieuczęszczaną dróżką, którą wybierają tylko nieliczni. Ta 15-latka chwyciła kierownicę w rękawicach bokserskich. Ja zaś obrazek św. Krzysztofa i modlę się, by szczęśliwie podążała do celu.

ryszard

Rzecz o Ghostwriterze

dodano: 4 marzec 2010, autor: Paulina Brągiel

Zawsze uważałam, że nawet w obliczu pojawiających się kinowych nowości, należy zachować zimną krew i “nie rzucać się na kasy biletowe” już w pierwszym dniu projekcji filmu. Zwłaszcza jeżeli na półce w księgarni leży pozycja książkowa, będąca inspiracją tego filmowego szaleństwa. Najpierw lektura, potem przyjemność oglądania – taka była moja dewiza. Choć bardzo często prowadziła po prostu do rozczarowania kolejnymi ekranizacjami. Ale słowo pisane było ważniejsze. Było podstawą, bez której nie patrzyłam nawet w stronę kina.

Ale tym razem było inaczej. Nie było czasu na lekturę. W swym wariackim studenckim zabieganiu nie zauważyłam książki na czas. A potem było coraz gorzej. Data premiery, świetne recenzje i w końcu Srebrny Niedźwiedź w Berlinie. Autor Widmo Romana Polańskiego zaskoczył mnie i pozwolił złamać zasadę. X Muza tym razem królowała.

Kiedy zasiadałam z siostrą w kinowych fotelach, sala była pełna. Przyznać muszę, że z taką frekwencją dawno się nie spotkałam. Zaskoczyła też średnia wieku widowni – miło było poczuć się najmłodszymi widzami owego wieczoru. Światła zgasły, ekran ożył…

I cóż powinnam teraz napisać? Że było niesamowicie? Rewelacyjnie? Wartka akcja, wyśmienite role Pierca Brosnana i Ewana McGregora. I dwie kobiety – Kim Cattrall i Olivia Williams – doskonała prezentacja kobiecości i twardego charakteru. To wszystko prawda. Dodatkowo świetne prowadzenie kamery, zdjęcia, które nie pozwalają oderwać oczu. Co bym nie napisała – to wciąż będzie za mało. Ten film jednak wszystkim polecam. Rozumiem doskonale, że nie każdego interesuje polityka rządu brytyjskiego, czy mechanizmy działania CIA. Ale może po to, żeby przekonać się, że Bond, nie jest już agentem 007, ale prawdziwym aktorem. Może po to, żeby zobaczyć kamerlinga (poprzednia rola E. McGregora w “Aniołach i demonach”), który staje się na naszych oczach coraz dojrzalszym i lepszym aktorem.
Zdaję też sobie sprawę, że w odniesieniu do skandalu z Romanem Polańskim w roli głównej, niektórzy choćby dlatego nie wybrali się na ten film. Tu jednak chcę zaznaczyć, że nie powinniśmy oceniać go przez pryzmat błędów popełnianych w życiu osobistym. Gdyby nie był sławny, pewnie nawet o takiej sytuacji nie usłyszelibyśmy w mediach. Myślę, że należy zobaczyć w nim reżysera, a nie skandalistę z pierwszych stron gazet. A reżyserem jest doskonałym.

Tak właśnie pomyślałam, kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe. I wtedy rozległy się brawa. Najpierw nieśmiałe, zwiększające się z każdą chwilą. Ja też do nich dołączyłam. Bo film był tego wart. I pomyślałam również, że cieszę się i dumna jestem z faktu, iż Roman Polański jest Polakiem. Bo nam takich właśnie twórców kina potrzeba. Każdy bowiem reżyser, który tak fantastycznie potrafi zrobić film bez komputerowych efektów specjalnych, wykorzystujący w pełni potencjał aktora, jest dziś na wagę złota.

Kiedy piszę tę notkę, “książkowy” Ghostwriter leży tuż obok mnie. Już przeczytany. Lektura pozwoliła na dostrzeżenie pewnych niuansów słownych, skupieniu się na istotnych dla fabuły dialogach. I jak każda inna, dała przyjemność czytania i odkrywania tego, na co w filmie zabrakło czasu. Jednak zasady swej nie zmienię. Bo choć “Wilkołak” już w kinach, najpierw przeczytam, później obejrzę. Ale to już całkiem inna historia…

paulina

Gwiazdy z wyboru

dodano: 16 luty 2010, autor: Ryszard Święch

Pierwszy miał krzywe zęby. Nieco seplenił. Odstające uszy, w tym jedno wyraźnie uszkodzone podczas porodu, gdy wyciągano go żelaznymi kleszczami z łona matki. Przeraźliwie chudy, gdziekolwiek się pojawiał śmiano się z niego. Dziewczyny raczej go omijały, chłopcy wołali na niego “makaroniarz”. Pewnego dnia usłyszał w radiu najbardziej znanego wokalistę swoich czasów, Binga Crosby’ego, po czym przyszedł do rodziców i powiedział – zostanę najlepszym piosenkarzem na świecie. Szybko dano mu do zrozumienia, że to nie zajęcie dla niego, że nie można się z niego utrzymać i że mężczyzna powinien zajmować się czymś innym.

Drugi pochodził z równie niezamożnej rodziny. Jako syn mleczarza przez wiele lat wstawał o piątej rano, by rozwozić mleko w stoczniowym Wallsend. Było ciężko, w pewnych okresach wyraźnie brakowało im pieniędzy. Rodzice posłali go do katolickiej szkoły, która stała się jednym z największych koszmarów jego życia. Nie miał konkretnych planów na przyszłość, w oczach ludzi był tylko zwykłym, szarym chłopakiem, urwisem jak wielu innych. W trudach codzienności przyjaciółką stała się dla niego stara hiszpańska gitara pozostawiona w domu przez wujka, który wyemigrował z kraju. Chciał być jak Jimi Hendrix, którego niezwykłą grę na gitarze miał prawdopodobnie okazję wielokrotnie oglądać.

Trzeci pochodził z niezwykle biednej rodziny. Gdy był jeszcze mały roznosił gazety, by uchronić matkę od konieczności prostytuowania się. To jednak nie pomagało. Sytuacja rodzinna była okropna, wiele lat później napisze w swojej biografii, że matka dawała im środki przeczyszczające, co miało być najtańszym sposobem na pozbycie się wszelkich bakterii i wirusów z organizmu – dzięki temu dzieci miały być zdrowe. W pewnym momencie, gdy miał 11 lat zaczął śpiewać w kwartecie, a niedługo później zaczęła się jego przygoda z kornetem. Jego celem było stać się gwiazdą jak Joe “King” Olivier, geniuszem trąbki, najlepszym trębaczem świata.

Żaden z nich nie urodził się jako syn królowej jakiegoś państwa, ani nawet jako syn znanego muzyka. Żyli życiem zwyczajnych chłopców, jak wszyscy chodzili do szkoły, jak wszyscy byli nie raz obiektem drwin rówieśników, borykali się z kłótniami rodziców, z problemami materialnymi. Tym, co odróżniało ich od pozostałych było to, że słowo “chciałbym być…” zamienili na “zostanę…” – tym, że ich marzenia stały się planami, idee konkretnymi celami do zrealizowania.

Ów brzydki chłopiec, stał się niecałe 20 lat później bożyszczem kobiet i pozostawał nim prawie do śmierci. Podobno jego manager początkowo płacił przypadkowo spotkanym dziewczynom za to, by mdlały na jego koncertach, jednak później ta “motywacja” stała się zbędna. Nagrał tysiące utworów, przez pewien czas był uznawany za najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka na całym globie. Przez kilkadziesiąt lat był uważany za najlepszego, kongenialnego wokalistę, doceniano również niektóre z jego ról filmowych.

Chłopiec z gitarą trafił do mało znaczącego zespołu. Ich pierwsze koncerty trwały zaledwie 10min, za które dostawali ok 7 funtów brytyjskich. Pewnego dnia jako dorosły mężczyzna zobaczy na ulicy prostytutkę i napisze o niej niezwykle prostą piosenkę, która zapewni mu sławę, bogactwo, uznanie milionów fanów. Ich zespół stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów w Wielkiej Brytanii, a następnie zdobędzie serca ludzi na całym świecie. On sam po pewnym czasie rozpocznie karierę solową już nie tylko jako gitarzysta, ale jako wokalista, co jeszcze bardziej umocni jego pozycję jednego z najlepszych, najciekawszych i najbardziej oryginalnych artystów, muzyków świata.

Mały Satchmo, który wychował się ubogiej murzyńskiej dzielnicy Nowego Orleanu, ten sam mały Satchmo, który był tak silnie zapatrzony w swego idola, kilkanaście lat później sam będzie nazywany “King”. Zapisze się w historii jako pierwszy prawdziwy jazzman, prekursor i  mistrz improwizacji, geniusz trąbki, niezwykły wokalista.

Dlaczego o tym piszę? Bo często sam sobie próbuję wmówić, że bycie najlepszym w czymś, na przykład w moim byciu muzykiem, nie będzie mi dane, ponieważ do tego trzeba być predestynowanym, mieć specjalne warunki, najlepiej urodzić się w rodzinie muzyków, od 4 roku życia uczyć się już w szkole muzycznej. Dlatego, że widzę bliskie mi osoby, które marząc w kryjówkach swych pokoi, łóżek, nie pozwalają tym marzeniom przerodzić się w plany.

Do bycia Wielkim nie trzeba przeznaczenia, specjalnych, niezwykle korzystnych warunków. Trzeba jedynie zapisania lub wypowiedzenia na głos swoich celów, uporu, wiary i ciężkiej pracy. Jak tych trzech, którzy przebyli prawdziwą drogę “from zero to hero”, którzy dla swoich i następnych pokoleń staną się  przykładem do naśladowania w tym właśnie wyznaczaniu celów, uporze i ciężkiej pracy zainwestowanej w siebie. Jak tych trzech – Frank Sinatra, Sting i Louis Armstrong.

ryszard
www.blog.upjp2.edu.pl - Wordpress 2.8 - projekt graficzny, wdrożenie: Artedotum.pl