Próba sił

dodano: 7 luty 2010, autor: Paulina Brągiel

Moje przerażenie sięgało powoli punktu krytycznego. Nerwowo przebierałam nogami, wypatrując jednocześnie najszybszej drogi ucieczki. Drzwi? Za daleko. Okno? Za wysoko. To drugie piętro. Co z tego, że ucieknę, jeśli się połamię. Zatem, myślę dalej.

Wchodzili pojedynczo, wrzaskliwym “dzień dobry” informując o swojej objętości płuc. Zadziwiające anatomicznie, że wielkość płuc, nie odpowiada wcale wielkości biustu. W sumie, czemu się dziwię. Mnie też Bozia dała tylko w decybelach, które prawdopodobnie ukrywam we włosach. Bo nie na plecach ;p

I zadzwonił. Rozdzwonił się tysiącem dzwoneczków słyszalnych w każdej sali, w każdym korytarzu, w najciemniejszym zakamrku. W mojej głowie przypominał żałobny lament Katedry Notre Dame. Stało się. Drzwi zamknęły się z hukiem. Zostałam na placu boju. Na środku sali przed ryczącą trzydziestką czwórką trzynastolatków. Ich spojrzenia zdawały się mówić: “Jesteś tylko praktykantką. Pokażemy Ci, kto tu naprawdę rządzi”. Bo i prawda. Konieczność realizacji praktyk pedagogicznych dosięgnęła i mnie. I oto jestem. Zestresowana jak nigdy. Tu i teraz oblana zimnym potem.

Nie wiem, jak minęło te czterdzieści pięć minut. Co mówiłam i jak werbalnie, i niewerbalnie do ich mózgownic trafiałam. Grunt, że nie rzucali kredą, nie biegali po ławkach, nie wyzywali mnie biednej pod tablicą. I czy do sukcesu pedagogicznego można dopisać fakt dziesiątek pytań o konta na naszej-klasie i facebooku? O pytaniach o numer telefonu już nie wspomnę…

Dziś słyszę komentarze, że to była fajna lekcja. Z fajną panią. I to chyba sukces. Niezależnie od hierarchii słowa “fajny” w młodzieżowym slangu. Odnaleziona na obu portalach, zatwierdzam kolejne zaproszenia i odpisuję na maile. I niestety odpisywać muszę, że w szkole więcej się już nie pokażę. Niestety? No tak… Bycie belfrem, to nie moje powołanie. Ale lubię pracować z młodzieżą. Są przebojowi, głośni, otwarci i bardzo bezpośredni. Choć niektórzy są leniwi. Inni mało systematyczni. Jeszcze inni nadpobudliwi i niegrzeczni. To jednak są szczerzy w swoich uczuciach. Pełni potencjału, który po prostu trzeba odnaleźć. I to zadanie dla Was – przyszli młodzi nauczyciele. Ale Wy ze swoich praktyk wiecie o tym najlepiej.

paulina

Co ma wspólnego Sokrates ze stekiem?

dodano: 2 luty 2010, autor: Paulina Brągiel

I nikt. Nikt. No po prostu nikt. Nikt! Nikt nie znalazł. Nikt się nie zorientował! Nikt nie wypomniał! Nikt nie poprawił! Błędu. Błędu nikt nie zlokalizował! Przecież, to co napiszę świętym nie jest! I ja do świętości nie pretenduję, zatem poprawiać nie grzech, a znak, że czytacie byłby miłym mobilizatorem do kolejnego wpisu.

A tu nic. Pusto. Smutno. Zawiedziona jestem…
Nie wracajmy do tego co było. Co zatem na dziś?

Wolisz być smutnym Sokratesem, czy zadowoloną świnią?
Taki oto pytanie programu 1 Polskiego Radia obudziło mnie dziś rano. Pytanie na pozór łatwe i wywołujące śmiech, jednak dało mi do myślenia.

“Zadowoloną świnią. Zawsze masz szansę na mniej zestresowanego kotleta” padła pierwsza odpowiedź. Może rzeczywiście jest w tym trochę racji. Dobre, kruchutkie mięso, to dla niektórych warunek smakowitego obiadu. A gdy żołądek pełny, to i humor lepszy. Powszechnie wiadomo, że śmiech to zdrowie – rozładowuje napięcie, przyspiesza bicie serca, a tym samym poprawia krążenie krwi, aktywizuje mięśnie brzucha i twarzy. Psycholodzy natomiast o samym uśmiechu wypowiadają się w samych superlatywach – zmniejsza nieśmiałość, wpływa na poprawę relacji między ludźmi, łagodzi nasze lęki, pomaga w przełamywaniu barier językowych, religijnych, czy rasowych.
I śmiech, jak się okazuje, może być nawet dochodowy. Sesje terapeutyczne śmiechem, stają się coraz bardziej popularne, zwłaszcza dla zestresowanych i zapracowanych ludzi, którzy tylko przez te 30 minut sesji potrafią się zrelaksować. Wam tego nie życzę – takiego zestresowania – nawet w sesji. Ale ostrzegam – nie bijcie głową w ściany, w ławki itp. Za śmiech i w ogóle za dobre samopoczucie odpowiedzialny jest bowiem nasz płat czołowy.
Zatem śmiejmy się! Nie podczas jedzenia – bo to grozi zadławieniem. I nie na wykładach. Jednakże uśmiechać się do profesorów nie zabronię.

A smutny Sokrates? Mądry był człowiek. Dociekliwy. Uparty. Miał brzydką żonę. I go otruli. Wynik – marnie skończył.

Dziś 2 lutego. Dzień pozytywnego myślenia. Uśmiechajmy się więc. Do swojego odbicia w lustrze i do ludzi na ulicy. Na uczelnianych korytarzach i w tramwajach. Na wykładach i na kawie ze znajomymi. Uśmiechnijcie się do własnych myśli. Nie bądźmy narodem ponuraków! Śmiejmy się głośno, aż do łez, do rozpuku.

Nie obejdzie się jednak bez moralizowania. Wypada mi tu wspomnieć o czymś takim, jak umiar. Trzeba wiedzieć, kiedy się śmiać i z czego. Odrobina dyplomacji i savoir vivru każdemu i zawsze się przydaje.

I co na to Sokrates? Może gdyby się więcej uśmiechał, to i Ksantypę by w lepszych kolorach ujrzał?
Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie zabraniam nikomu się smucić. Czasem nawet zalecana jest chwila na refleksję, czy medytację. Łzy też są potrzebne – przynoszą ulgę w cierpieniu, a z anatomicznego punktu widzenia, oczyszczają nasze gałki oczne. Łez nie należy się wstydzić (i to tyczy się również panów). Bycie wrażliwym i czułym nie przynosi nikomu ujmy.

Ale dziś pozytywnie. Z uśmiechem do świata.
Wolę być zadowoloną…kobietą. :)

paulina

Pakt z Diabłem

dodano: 17 styczeń 2010, autor: Paulina Brągiel

A może by tak…?
Żeby się raz podpisać i żyć wiecznie. Przeżyć możnych i wielkich tego świata. Poznać kolejne epoki. Przekonać się, dokąd pędzi ludzkość. Mieć czas na podróże, na ulubione książki, na długie, leniwe spacery. Swojej porannej kawy nie wypijać w pośpiechu. Żadna chwila nie byłaby tą ostatnią. I na zawsze złączyć swoją przyszłość z przyszłością świata…

A może by tak…?
Jeden podpis i mieć wiedzę najmądrzejszych tylko dla siebie. Każda sesja zaliczona w terminie zerowym. Stypendium naukowe w kieszeni. Wybierać wśród najlepszych uczelni świata – Oxford, Cambridge, La Sorbonne… A potem…Nobel? Pulitzer? Nike? To już kwestia wyboru…

A może by tak…?
Założyć się z samym Diabłem. I ten zakład wygrać. Choć trzeba przyznać – jeśli przegrasz, płacisz wysoką cenę…

Zakładu z Diabłem podjął się kiedyś Doktor Parnassus. Mędrzec, człowiek wielkiego umysłu. Można powiedzieć o nim – idealista. Być może dlatego Szatan rzucił wyzwanie właśnie jemu. Parnassus otrzymuje wieczne życie w zamian oddając  swoje dziecko. Diabeł jednak proponuje kolejne zakłady. On bowiem czuje się znudzony. Szuka zatem rozrywki, jaką może mu dać choć odrobina adrenaliny. A nagroda, córka Parnassusa, jest kuszącą nagrodą…

Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła. Czy rzeczywiście oszukał? W jaki sposób udało mu się wygrać? Na te pytania odpowiedź czeka w kinie.
Zapewne niektórzy z Was zobaczą ten film dla ostatniej roli Heatha Ledgera. I tym osobom wcale się nie dziwię. To przecież moja ciekawość zaprowadziła do sali kinowej i dała przetrwać seans w pierwszym rzędzie.
Film ten to również gratka dla fanów (a może fanek) Jonny’ego Deppa, Jude Lawa i Collina Farrela. Pojawiają się w filmie, jako kolejne wcielenia Ledgera, co jednak okazuje się wyjątkowym i oryginalnym pomysłem.
Jednak trzeba przyznać, że najciekawszą kreacją okazała się rola Diabła, fantastycznie zagrana przez Toma Waitsa. Dystyngowany pan w meloniku, z cygarem. Kiedy się pojawia, wszystko zwalnia, niczym głęboki oddech przed ponownym skokiem w akcję. W tle delikatny dźwięk saksofonu…

No bo któż by nie chciał żyć wiecznie? Nawet Lord Blackwood… Tak, o najnowszym Sherlocku Holmesie słów kilka.
Od dawna znany nam bohater i jego wierny przyjaciel. Ale spojrzenie na postać całkiem nowe. Holmes początkowo wywołuje coś w rodzaju sympatycznej odrazy. Nieumyty, nieogolony, niedoprasowany. To nie obraz typowego brytyjskiego dżentelmena. A jednak lubimy go. Za jego bezpośredniość, zgryźliwość, niecodzienne metody pracy. To dr House tamtych czasów. Powiecie: zbyt mocne porównanie? Jeśli wybierzecie się do kina, sami przyznacie, że Holmes korzysta z wielu pierwowzorów. Tworzy natomiast bohatera, którego chce się oglądać.
I moja prywatna pochwała. Dla Watsona. Dla Jude Lawa, który w roli spokojnego doktora jest po prostu genialny.
Główni aktorzy nie zawiedli. Również efekty specjalne mogą wzbudzać podziw. I muzyka… o tak… Hans Zimmer. I nic dodać, nic ująć.

Kieszeń studenta, wiadomo, dość płytka. A okazji do wydawania wiele. Jeżeli jednak znajdziesz Czytelniku okazję, wybierz tym razem X Muzę. Nie musi to być koniecznie Parnassus, czy Sherlock Holmes. Wybierz coś tylko dla siebie. I w tym przedsesyjnym zamęcie znajdź chwilę na oddech.

paulina

Z życia wzięte…

- To Pan wierzy w to, że Jezus naprawdę jest Bogiem?

- Tak, wierzę.

- Proszę w takim razie uzasadnić swoją wiarę…

Nie wiem, czy ktoś z Was przeżył rozmowę mniej więcej tego typu, ale mi się zdarzyło. Oczywiście najczęściej w wyniku spotkania ze Świadkami Jehowy. Czasem także wiara w nieco inne kwestie może spotkać się z żądaniem uzasadnienia, na przykład spotykając się z Protestantami często rozmowa schodzi na temat Maryi, świętych, kultu obrazów itd. Sytuacje tego rodzaju, jakie przydarzyły mi się kilka razy w ostatnim czasie, doprowadzają mnie do wniosków, które są cokolwiek przerażające, a na pewno bardzo smutne.

Przede wszystkim zobaczyłem dzięki nim, że jako student IV roku teologii nie potrafię uzasadnić swojej wiary. Co gorsza, zrozumiałem, że najprawdopodobniej nie potrafi tego prawie żadna z osób, które spotykam na niedzielnej Mszy Świętej. Wyobraźcie sobie taką sytuację: ktoś przychodzi, daje Wam Pismo Święte i mówi – “mówisz, że wierzysz w to, że Jezus jest Bogiem, udowodnij mi to w oparciu o samą Biblię”. To przecież najbardziej fundamentalna kwestia! To nie jest problem teoretyczny, a sytuacja nie jest czysto hipotetyczna. To jest sytuacja, która ma miejsce każdego dnia, na wielu ulicach w Polsce i na świecie. Wywołuje to we mnie pytania: gdzie się podziała moja wiedza? Gdzie jest ta wiedza, z chrystologii, trynitologii, z innych dziedzin, która przecież dla wielu z Nas w indeksach została oceniona notami 5 czy 4? Dlaczego często nie ma owoców tej wiedzy, dlaczego ona nie przekłada się na nic więcej, niż pozytywną ocenę na karcie egzaminacyjnej?

Zastanawiam się nad tym od pewnego czasu i jako jeden z powodów mógłbym podać nieco źle, według mnie oczywiście, zaprojektowany system edukacji. Gdy patrzę na siatkę godzin kierunku “teologia” i na same wykłady, na to, czego jesteśmy uczeni, to mam wrażenie, że panuje powszechny “historycyzm”. Uczymy się, co, kto i kiedy powiedział. Na przykład, że Bazyli mówił o Trójcy to i to, o Eucharystii to i to, a o ubóstwie to i to. W zasadzie można odnieść wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane, że po prostu naszym zadaniem jest uczyć się tylko, co powiedzieli inni.

Dlatego chciałem zapytać: a gdzie jest miejsce na PROBLEM? Gdzie czas na aktywizację studentów, na to, by w oparciu o uzyskaną wiedzę, mieli zmierzyć się z konkretnym wyzwaniem? Dlaczego na ćwiczeniach nie ma zupełnie takiego podejścia? Przecież nauka Kościoła wzięła się właśnie stąd – z odpowiedzi na PROBLEM, z konkretnych wyzwań, sytuacji. Pojawił się Ariusz i Biskupi spotkali się na Soborze i szukali odpowiedzi na problem w oparciu o wiedzę z Pisma Świętego i Tradycji, czyli tych, którzy byli przed Nimi. I tak było również i później. Wszak wiemy, że w średniowieczu na uniwersytetach dysputy były podstawą systemu edukacji. Kształtowała się retoryka, dialektyka, erystyka. Spójrzmy na budowę Sumy Teologicznej Tomasza: jest PROBLEM, a następnie Tomasz pisze mniej więcej tak – Pismo Święte mówi to, Tradycja mówi to, ja zaś myślę, że jest tak i tak. Św. Tomasz nie miałby problemu w rozmowie ze Świadkami Jehowy… nie miałby. Bo jego wiara i wiedza były poddawane przez Niego samego i przez innych w wątpliwość, to była wiara szukająca zrozumienia.

Ja nie zajmuję się układaniem planów studiów. Jestem prostym studentem, który poddaje czasem w wątpliwość sens swoich studiów, który pyta o swoją przyszłość, o to, czy było warto. Bo szczerze mówiąc, jeśli sprawa ma wyglądać tak, że studenta kończącego teologię i studenta kończącego np. metalurgię ma różnić tylko dyplom, bo ten drugi wiedzę z zakresu teologii znajdzie w wikipedii czy googlach- to nie ma według mnie sensu studiować teologii. Skoro studenci kierunków ścisłych mają swoje “laborki”, mają czasoprzestrzeń sprawdzenia swojej wiedzy w praktyce, to dlaczego nie mają jej mieć studenci teologii? W mojej opinii teologia, jako nauka o Bogu, winna stać się wiedzą praktyczną, nauką wierną Bogu i człowiekowi, nauką będącą przy człowieku w jego pytaniach i problemach. Bo katechecie w szkole indeks wypełniony piątkami się nie przyda, przyda mu się za to umiejętność odpowiadania na pytania uczniów, umiejętność dyskusji, odwaga i zaplecze intelektualne i metodyczne do mierzenia się z ich problemami.

ryszard

w zamyśleniu

dodano: 31 grudzień 2009, autor: Paulina Brągiel

Pewna blondynka. Wysoka, zgrabna. Szary golf podkreślał burzowy kolor jej  oczu. Siedziała przy stole, wpatrzona w pusty kubek. Nie tego się spodziewała. Nie przed Świętami, nie na koniec roku. I przede wszystkim nie sądziła, że tak bardzo się pomyliła. To był jej przyjaciel. Mentor, którego traktowała, jak ojca. A jednak zawiódł…

Szatynka. Energiczna, pracowita, systematyczna. Siedząc za biurkiem, powoli zapanowywała nad oddechem. Nieczęsto zdarzało jej się płakać. Ale tego dnia łza okazała się jej wiernym towarzyszem. Widziała, że jest świetna w tym co robi. Jeśli czegoś nie wiedziała, nie wstydziła się zapytać, nie bała się szukać pomocy i rady. Ale przecież jest tylko człowiekiem. I ma prawo się pomylić. Błąd nie skreśla człowieka. Ale jego ostre słowa zabolały. Ostre, jak sztylet, przebiły tarczę opanowania. Pojawił się żal, rozgoryczenie, zwątpienie…

Brunetka. Zadbana, elegancka kobieta. Profesjonalna we wszystkich aspektach życia. Świetny organizator, dobry przywódca. W zamyśleniu poprawiała czarną sukienkę. Chłodna, nieprzystępna. Zbudowała wokół siebie opinię zimnej i wyrachowanej. Kiedy wchodzi, rozmowy milkną. Pojawiają się szepty, nieprzyjazne spojrzenia. Ale ona już taka jest. Ma trudny charakter. Ale jak każdego, najpierw i ją trzeba poznać, a potem oceniać…

Delikatnie odgarnęła blond grzywkę. Wpisywała do kalendarza kolejne zadania, już na nowy rok. Rozmowy, spotkania, znów pracowicie. Popatrzyła w zamyśleniu na koleżanki. Uśmiechnęła się delikatnie i już wiedziała…

Nowy Rok. Nowe wyzwania. Nowe plany do zrealizowania. Ale jednocześnie niepewność, pojawiające się pytania, ciekawość. Co przyniesie nowe…

Moim zamyślonym koleżankom i Wam, Drodzy Czytelnicy, życzę, aby Nowy 2010 Rok nie przyniósł rozczarowania. Życzę spotkania wartościowych osób, szczerych i ambitnych, które będą od Was wymagać, ale też docenią trud i wykonaną pracę.
Wiem, doba ma tylko 24 godziny, a tydzień 7 dni. Ale mam nadzieję, że znajdziecie czas i na naukę, i na prace semestralne, i na ciekawą książkę do poduszki. Nie zapominajcie jednak, że warto się czasem  wybrać do kina, do teatru, na ciekawy wernisaż.
Wszystkim, którzy się boją, życzę odwagi i pewności siebie. Nie chowajcie głowy w piasek. Nie uciekajcie przed nieznanym. Będzie trudno, bo recepty na dobre i wygodne życie jeszcze nie wynaleziono. Ale radość i satysfakcja, uznanie w oczach bliskiej osoby, to jedna z najcenniejszych nagród, jakie możecie otrzymać.
A tym, którzy piszą – licencjaty, magisterki, doktoraty, habilitacje, artykuły, prace semestralne – życzę weny, o tak.
Daru Sherlocka Holmesa w wyszukiwaniu fachowej literatury.
Daru selekcjonera Kazimierza Górskiego, by wybrać, to co najlepsze.
Daru dziennikarskiego Szymona Hołowni, by nie zabrakło słów w najważniejszym momencie.
Daru cierpliwości Anioła Stróża, który tak wiele musi z Tobą, Czytelniku, wytrzymać.

Wam Wszystkim – by było lepiej… :)

paulina

Ani słowa o miłości

dodano: 17 grudzień 2009, autor: Paulina Brągiel

Czas ma to do siebie, że wciąż, na przekór prośbom i modlitwom, upływa. Zegarki, nawet te bez baterii, nieubłaganie przypominają mi, jak bardzo jestem spóźniona. Bo taki był ten ostatni miesiąc – aktywny. Kalendarz stał się moim najlepszym przyjacielem i, przyznaję się szczerze, mózgiem przechowywanym w torebce.
Zajęcia, pisanie pracy magisterskiej, praca. A dodatkowo życie kulturalne Krakowa, którego nie można pominąć.

97 lat. Potomek Habsburgów. Smakosz piwa. Mistyk, który odnalazł Pana Boga pod prysznicem. Ojciec Joachim Badeni, bo o nim mowa, spotkał się z młodymi ludźmi w kapitularzu OO. Dominikanów. I jak zawsze zgromadził wokół siebie tłumy. Pytaniom nie było końca. O koniec świata, o wiarę, o miłość, i oczywiście, o kobiety. Ojciec Joachim z właściwą sobie wnikliwością, potrafił odpowiedzieć na każde z nich.
I tak siedział pośród nas, w zielonym fotelu, popijając coca colę. A my chłonęliśmy każde słowo, pragnąc usłyszeć od niego jak najwięcej.

Kolejnym punktem w kalendarzu był Festiwal Etiuda & Anima. Fantastyczne pokazy konkursowe i perełki animacyjne dla koneserów. Prawdziwy raj dla kinomaniaków. Rarytasem tegorocznej edycji Festiwalu był pokaz filmów krótkometrażowych w reżyserii Barrie McLean: Tybetańska Księga Umarłych: Droga Życia i Tybetańska Księga Umarłych: Wielkie Wyzwolenie. Filmy o śmierci, ale przepełnione nadzieją na kolejne życie.

I tak – człowiek stara się kulturalnie rozwijać, a tu szara rzeczywistość. Przyszedł czas zaliczenia. Z “Kultury czasu wolnego”. Tak, nasuwa się pytanie – czym jest czas wolny? Czy student posiada coś takiego, jak czas wolny? Przecież każdą chwilę poświęcamy na naukę, na pisanie prac zaliczeniowych, na czytanie lektur, lub na sen, tak niezbędny i tak ważny dla życia studenckiego. Są jeszcze koncerty i imprezy, ale to jest przecież tworzenie listy kontaktów potrzebnych dla późniejszego życia zawodowego.

Zaliczenie zaliczeniem, a czas wolny jednak mamy. Ja zresztą też, co odkryłam całkiem niedawno, również w swoim kalendarzu. Sprawcą całego zamieszania okazał się przystojny brunet, który kazał mi stanąć przed lustrem i wypowiedzieć kilka komplementów na swój temat. Brutalne? Nierealne? Niemożliwe? Ależ skąd. :)
Przystojnym brunetem jest Konrad, a zamieszki szkoleniem z zakresu motywacji i zarządzaniem swoim (cennym) czasem.
Szkolenie odbyło się 12 grudnia w “Lochach” Samorządu Studenckiego. Część pierwsza, bardziej teoretyczna, ukazywała tajniki tworzenia własnej poprawnej samooceny. Samokoncept bowiem, to zbiór przekonań, jaki posiadamy na swój temat. Od samokonceptu zależy nasza postawa. A od postawy – potencjał, jaki możemy w życiu wykorzystać.

I tak ćwiczyliśmy wypisywanie pozytywnych przymiotników o sobie samym. 50 przymiotników. W 5 minut. Ćwiczenie szczerze polecam. Drogi Czytelniku – zacznij już dziś. I powtarzaj ćwiczenie codziennie. A po jakimś czasie, stań przed lustrem i powiedz je głośno. I uśmiechnij się do siebie.
A teraz uwaga do Czytelniczek. Patrząc rano na swoje odbicie, nie myśl proszę, że jest nieuczesane i bez makijażu. To jesteś prawdziwa Ty. I widzisz siebie tylko Ty sama. Więc zaszalej! Odrobina narcyzmu nie może przecież zaszkodzić. :)

A wnioski? Refleksje? Czy też szkolenie idzie w zapomnienie? O nie!
Wszystkim takie szkolenie z serca polecam. A wiem nieoficjalnie, że reedycja prawdopodobnie nastąpi. I zapewniam, że taka sztuka samomotywacji, każdemu może się przydać.

A najważniejsze przesłanie dla Was wszystkich:

Myśl daje efekt.
Jeśli czegoś naprawdę chcesz – zrób to.
I uwierz. W siebie i w to, że potrafisz.

paulina

Szatan i czapka niewidka

dodano: 29 listopad 2009, autor: Ryszard Święch
Tagi:

Mam przygnębiające wrażenie, że dzisiaj Szatana już nie ma. Po prostu – założył czapkę niewidkę i zniknął. Mało śmieszna to rzecz, gdy zrozumiemy, że to głęboko strategiczne posunięcie sprawia, iż łatwiej nam iść za nim teraz, niż kiedykolwiek wcześniej…

Najprościej można powiedzieć, że Szatan stara nam się wmówić, że po pierwsze coś takiego jak zło w ogóle nie istnieje. Dla Arystotelesa to dobro stanowiło cel każdego działania. Innymi słowy cokolwiek robimy, zawsze robimy to dla jakiegoś, subiektywnie pojmowanego, dobra. Jeśli zatem ktoś kradnie coś w sklepie, nie robi tego po to, by kogoś okraść, ale by na przykład wyżywić rodzinę – widzi w tym dobro, nie zło. A nawet jeśli kradnie, by zrobić komuś na złość (świadomie chce wyrządzić zło), tak czy owak robi to dla jakiegoś dobra, którym w tym przypadku jest osiągnięcie satysfakcji, chęć rozładowanie napięcia itd. I tak można mnożyć przykłady.

Szatan próbuje zniknąć na różne sposoby. Nie chce, byśmy go widzieli, nie chce, byśmy się go bali. Nie jest już z zewnątrz taki, jakim go ukazał Mel Gibson w “Pasji” – bladym, bez wyrazu, emocji, który jednocześnie jak lew ryczący krąży szukając, kogo pożreć. Nie. Dziś Szatan jest z zewnątrz kimś bardziej uśmiechniętym, trendy, dostarczycielem wszelkiem maści rozrywek, a jednocześnie pomocnikiem, doradcą, przewodnikiem. Jego podstawową metodą zdaje się być swoista “gra wstępna”. Już nic nie dzieje się jasno i wyraźnie, nie ma cyrografu, podpisów krwią. Co zatem jest?

Dziś są pokemony, joga, wschodnie sztuki walki, Harry Potter, bioenergoterapia, horoskopy,  jest proza Paula Coelho i wiele innych często pięknych, wzniosłych, wesołych odstresowująco-rozluźniająco-pobudzająco-uzdrawiająco-usprawniających rzeczy, które jak się po pewnym czasie okazuje, nie prowadzą wcale tam, dokąd prowadzić miały. Ta ‘gra wstępna’ widoczna jest niemalże na każdym kroku. Ile z Was ogląda obecnie w telewizji bajki na kanałach dla dzieci? O czym one są, czego uczą, co pokazują? Nie chcę powiedzieć, że wszystko jest złe, ale że nie wszystko jest dobre. Ja wychowałem się na Kubusiu Puchatku, baśniach Andersena, Małym Księciu, a jeśli chodzi o telewizję to oglądałem Misia Koralgola, Bolka i Lolka, Krecika, Przygody Kota Filemona oraz Baltazara Gąbki. Dziś widzę choćby Happy Three Friends, Włatców Móch i inne tego typu produkcje, które niby są bajkami dla dorosłych, lecz oglądają je również dzieci. Ile z nich zastanawia się nad tym, że Władca Much to tłumaczenie słowa Belzebud, które jest używane w Biblii jako jedno z określeń Szatana? A ile z nich później zacznie oglądać “1000 złych uczynków”, serial który zdaje się być krokiem “naprzód” w stosunku do Włatców? To wszystko gdzieś ciągle przewija się przed naszymi oczami – przemoc, seks, przestępstwa, zabójstwa – wszystko podane na ładnym talerzu, czy w ozdobnym pudełku opasanym czerwoną kokardą.

Policja zastanawia się obecnie, jak dotrzeć do młodych (i nie tylko młodych) ludzi, by przestali wsiadać za kierownicę pod wpływem alkoholu. Najpierw mówiono, ostrzegano, później zaczęto mówić o statystykach śmiertelności, montować “czarne punkty” przy drogach. Teraz trzeba się uciekać do “kampanii agresywnych”, w których pokazuje się zwłoki zabitych, radość sprawców przed i smutek po wypadku. I wszyscy dziwią się dlaczego tak silne środki nie przynoszą efektów!? Nikt nie zastanawia się nad tym, że ci młodzi ludzie wychowali się na filmach, w których podstawą fabuły musi być pobicie, morderstwo lub gwałt. Można zapytać retorycznie, o czym jest “Ojciec Chrzestny”, uważany powszechnie za najbardziej znaczący film w historii kina?

W pewnym momencie owa ‘gra wstępna’ z Szatanem okazuje się jednak być jednym, wielkim, druzgocącym kłamstwem. Bo kimże on jest, jeśli nie właśnie Ojcem Kłamstwa? My wiemy, że naszym drogowskazem ma być Słowo Boże i to Ono ma nam pomagać stać w Prawdzie, stronić od kłamstwa. Tyle że biblijne zalecenia, by wystrzegać się wszystkiego, co ma choćby pozór zła lub nie dotykać smoły, by się nie usmolić wcale nie są takie proste w zastosowaniu. Dziś bowiem coraz rzadziej cokolwiek przejawia pozory zła, a smoła coraz częściej wygląda jak pyszny lukier.

ryszard

Dwie noce z lekturą

dodano: 10 listopad 2009, autor: Paulina Brągiel

- Kim Pan jest?
- Nie jestem pewien…
- A jak się Pan czuje?
- Bardzo dobrze.
- To jeszcze raz – Kim Pan jest?
- Przez przypadek – pisarzem. Mężem, ojcem, dziadkiem.
- Jak wygląda Pana dom?
- Czysto.
- Jak Pan lubi spędzać swój wolny czas?
- Nie mam wolnego czasu…

Takim to dialogiem, Krzysztof Skowroński w dowcipny dla siebie sposób, rozpoczął spotkanie z Majkelem O’Brajanem (tak, to świadoma pisownia, dbałość o ojczysty język i chęć uniknięcia problemów z odmianą nazwiska).
Ale na poważnie. Michael O’Brian, malarz i prozaik, gościł w Krakowie i promował swoją najnowszą książkę: “Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy.” Książka gruba, potężna, prawdziwa cegła, co to zabiera Twoje ostatnie wolne chwile (oczywiście, jeśli takowe posiadasz) lub noce, tak cenne dla organizmu i zdrowia studenta.

Eliasz, mnich i jednocześnie Żyd, przeżył holokaust i rozpoczął karierę polityka. Po latach postanawia wstąpić do klasztoru na Górze Karmel. Świat jednak upomina się o niego. I tak Eliasz, na prośbę papieża, wyrusza na misję, by ratować Kościół. Wędruje, spotyka ludzi…
Ale nie o streszczenie tutaj chodzi. Najnowsza powieść O’Briana, to prawdziwy thriller, w którym przeplatają się najrozmaitsze emocje i uczucia. Odnajdziemy przyjaźń i miłość, dramat, ale przede wszystkim wiarę. Myślę, że najlepiej oddają to słowa recenzji Stratforda Caldecotta z Centre Faith and Culture w Oxfordzie: Ojciec Eliasz to jedna z tych niewielu książek, która będąc znakomitą powieścią, jest równocześnie wyznaniem wiary. Dzieło profetyczne
i podręcznik walki duchowej. Ta fascynująca książka rozwinie twoją wyobraźnię we właściwym kierunku. Czytaj
i módl się.
I przeczytałam. Może się nie pomodliłam, ale noc z “Ojcem Eliaszem” nie była nocą straconą.

Kolejnym autorem, który w ostatnim czasie zabrał mi parę godzin to, zapewne znany Wam lepiej, Szymon Hołownia.
Po “Ludziach na walizkach”, “Tabletkach z krzyżykiem” i “Kościele dla średniozaawansowanych”, tym razem przyszedł czas na monopol. A dokładnie na “Monopol na zbawienie”.
”Dlaczego Monopol na zbawienie? W największym skrócie, by podekscytować i na chwilę zająć uwagę tych, dla których życie to gra, gdzie trzeba zdobywać punkty, być w stałym pędzie do mety. Aby zbulwersować tych, których bulwersuje wszystko. Wreszcie  by zagrzać do boju tych, którzy w tytule będą się doszukiwać śladów katolickiego triumfalizmu. Monopol na zbawienie – czy to znaczy, że do nieba mają szansę trafić tylko katolicy? Odpowiedź na jednym z pól gry.” To sam autor. A książka rzeczywiście barwna, dowcipna i zdecydowanie inna. Swoim kształtem przypomina nieco “Grę w klasy” Julio Cortazara. Nie musisz czytać wszystkiego od razu, nie jesteś zmuszany, by czytać rozdziały po kolei. A jeśli czytasz ze znajomym, to zdecydowanie powinniście zagrać. W książce znajdziecie planszę, karty, pionki i wszystkie niezbędne reguły.
A dlaczego warto czytać Hołownię? Bo jest showmanem? Celebrytą? Dziennikarzem katolickim? Dyrektorem programowym Religia.tv ?
Nie. Zdecydowanie nie z tych powodów.
Warto go czytać, bo pisze mądrze o rzeczach błahych, dowcipnie o rzeczach ważnych i lekko o rzeczach trudnych, jednocześnie nie odbierając im nic z ważności.

- Kto nie powinien czytać Pana książek?
- Wszyscy poniżej 16 roku życia.
- A dlaczego powinniśmy czytać Pana ksiązki?
- Bo religia może kręcić…

paulina

Święte czasy…

dodano: 8 listopad 2009, autor: Ryszard Święch

Nie wiem ile w tym prawdy a ile żartu, ale słyszałem kiedyś, że swego czasu w Regule św. Benedykta stał na końcu jeszcze jeden człon, tak że brzmiała ona “Ora et labora et recreatio” – Módl się, pracuj i odpoczywaj. Różnica jest niebagatelna. Dlaczego? Ujawnia bowiem trzy święte czasy, trzy kluczowe płaszczyzny naszego życia.

Modlitwa

Z chrześcijańskiego punktu widzenia, modlitwa winna przenikać całe nasze życie, zgodnie z wezwaniem “nieustannie się módlcie!” (por. 1Tes 5, 16-18). Ma ona towarzyszyć nam na początku kadej drogi, czynności, gdy prosimy o błogosławieństwo, pomoc, w trakcie, gdy dana sprawa, czynność się urzeczywistnia, a także po jej zakończeniu, w formie dziękczynienia. Niby to takie proste, ale ile z nas faktycznie traktuje te słowa serio? Ile z nas czyni modlitwę podstawową rzeczywistością swojego życia, a ile spycha ją i ogranicza do odmówienia “paciorka” rano/wieczorem, albo czeka z nią na niedzielną Mszę? A ile codziennie czyta choćby 15 min. dziennie Pismo Święte, idzie na Mszę, albo odmawia brewiarz? A może to zbyt duże i obciążające wymagania dla studenta, ucznia, pracownika, ojca czy matki? Ja biję się w piersi, bo często mój czas modlitwy, przebywania z Bogiem zostaje wypełniony przez przebywanie z telewizorem, NK czy Facebook’iem… i tak po trzech godzinach: “o nie! przecież miałem przeczytać chociaż jeden rozdział Ewangelii!” Tak właśnie się to kończy… a bo to, a bo tamto. Ale najczęściej chyba dlatego, że przed nami:

Praca

Problem z pracą w dzisiejszych czasach polega na tym, że jej ilość często jest odwrotnie proporcjonalna do czasu modlitwy. Dzieci idą do szkoły, po szkole jedzą drożdżówkę albo szybki obiad i huzia na zajęcia dodatkowe, a wieczorem odrabianie lekcji – i tak codzinnie, bo w sobotę i niedziele często sprzątanie, basen itd. itp. Studenci mają chyba podobnie, zwłaszcza teraz, gdy coraz więcej osób studiuje dwa (czasem i więcej) kierunki jednocześnie, a do tego również dochodzą zajęcia dodatkowe oraz osobliwa konieczność nauki, w okresach wzmożonego zagrożenia kolokwiami…  Ale po studiach też coraz częściej wygląda to podobnie: rano do pracy, do domu wraca się o 17tej, czy 18tej, trzeba coś zjeść, posprzątać i oczywiście przygotować się na następny dzień. W ten sposób często lekceważymy modlitwę, bo zamiast 5 minut się modlić wolimy wybrać zaparzenie kawy, która postawi nas na nogi i pozwoli pracować przez kilka godzin. Są jednak osoby, które potrafią znaleźć czas na jeszcze coś, a niektórzy przeznaczają na to tyle czasu, ile powinni przeznaczyć na pracę:

Odpoczynek

I ta kwestia jest dla mnie szczególnie interesująca. Wydaje mi się bowiem, że dużo mówi się o modlitwie i pracy (nawet o teologii modlitwy i teologii pracy),  a wciąż za mało zastanawiamy się nad odpoczynkiem. A to jest właśnie chyba punkt zapalny: bo coraz częściej nie wiemy, co z tym czasem robić , a wtedy zaczyna się to, co najgorsze – mieszanie poszczególnych płaszczyzn. Ile znacie osób, które siadają w fotelu, włączają muzykę i po prostu przez powiedzmy godzinę wyłącznie słuchają? Nie, my musimy robić kilka rzeczy jednocześnie, muzyki słuchamy jadąc samochodem, prasując, ucząc się… niby ok, muzyka towarzyszy naszemu życiu, ale gdzieś zapominamy, że muzyka to pewien język i ktoś, coś do nas w tym języku chce powiedzieć. Wyobraźmy sobie, że spotykamy np. Anglika czy Niemca i on zaczyna coś do nas mówić, a my w tym czasie słuchamy na słuchawkach muzyki i jednocześnie prasujemy ubrania. Głupi przykład? Może i tak. Ale pokazuje, że w takich okolicznościach trudno coś zrozumieć, a tak właśnie dzisiaj robimy.

Problemem dzisiejszego świata jest to, że mieszamy owe ‘święte czasy’. Najlepiej pracuje się nam w niedzielę, najbardziej odpoczywać chcielibyśmy w poniedziałek rano. Czasem przesadzamy w jedną stronę i bez przerwy pracujemy, kiedy indziej odwrotnie – możemy cały dzień spać, oglądać telewizję i korzystać z dobrodziejstw internetu (ja swego czasu byłem na przykład uzależniony od portali informacyjnych, odświeżałem stronę co kilka minut, żeby sprawdzić, czy na świecie nie wydarzyło się coś nowego, strasznego, ciekawego… i tak mogłem 2-3 godziny…). A kiedy już odpoczywamy, to też nieumiejętnie, albo pracujemy i wmawiamy sobie, że ta praca to tak naprawdę odpoczynek. W tym wszystkim najgorsze jest chyba to, że pomiędzy dwiema rzeczywistościami – pracą i odpoczynkiem – zupełnie gubi się gdzieś modlitwa. I rozpoczyna się codzienna mantra, znana z Dnia Świra: “praca, posiłek, proszki sen… praca, posiłek, proszki sen…”.

Ten tekst jest wyrazem mojej frustracji na samego siebie, ale i wynikiem obserwacji innych ludzi. Mam nadzieję, że udało mi się zwrócić Waszą uwagę na pewien problem. Jednocześnie życzę, byśmy lepiej potrafili korzystać z danego nam czasu. Bo wszystko w życiu ma swój czas – i modlitwa i praca i odpoczynek – my tylko musimy wiedzieć, co kiedy zacząć i kiedy zakończyć.

ryszard

Święta Liturgia i… gitara?

dodano: 22 październik 2009, autor: Ryszard Święch
Tagi:

Do VIII wieku używanie organów w liturgii było zabronione, traktowane były jako instrument pogański. Obecnie na przykład Prawosławni dopuszczają użycie zasadniczo trzech instrumentów: organów, dzwonów i głosu ludzkiego (przy czym tych dwóch pierwszych dlatego, że są imitacją głosu). Oficjalne dokumenty Kościoła Rzymskokatolickiego również stoją na podobnym stanowisku, choć nie wolno zapomnieć, iż dopuszcza się coraz częściej możliwość stosowania innych instrumentów w liturgii ze względu na szczególną sytuację duszpasterską, na przykład  w mszach dla młodzieży. Jednakże na razie jest to traktowane jako swoisty wyjątek od reguły głównej: organy, dzwony i głos.

Tymczasem przepisy sobie, życie sobie – nie da się tego ukryć. Jakiś czas temu, nie dalej jak miesiąc, osobiście grałem na bierzmowaniu w jednej z najważniejszych krakowskich parafii. Był wokal, gitara elektryczna, bas, piano i perkusja (choć tylko niepełny zestaw). Biskup nie wydawał się być zły. I tak wygląda właśnie moje doświadczenie z ostatnich mniej więcej siedmiu lat. Grywałem na mszach w kościołach w różnych częściach Polski, a także na Ukrainie. I to nie tylko na mszach dla młodzieży, ale również na tzw. sumach, ślubach, czuwaniach itd. Przez ten czas chyba nie zdarzyło się ani razu, aby jakikolwiek ksiądz podszedł i powiedział: “żadnych gitar w kościele!” czy “możecie śpiewać, jako schola, ale żadnego grania na instrumentach”. Często było wręcz odwrotnie – byliśmy zapraszani do zagrania na mszach, bierzmowaniach, ślubach, czuwaniach.

Do czego zmierzam? Do tego, że Kościół nie jest jak motorówka, ale jak wielki statek pasażerski – skręca i płynie powoli. Najpierw musi wszystko sprawdzić, ocenić, rozeznać. I słusznie. Bo wszystko zależy chyba od tego co, jak i w jakim celu się robi. A temat poruszam dlatego, że sam jestem poruszony. Widziałem bowiem wiele zespołów grających podczas liturgii. I niestety przeważnie (nie zawsze!) wygląda to tak, że ksiądz mówi, że zbiera zespół do grania na mszach (np. oazę, scholę, duszpasterstwo), pojawia się osoba, która umie zagrać kilka akordów na gitarze, a także osoby chcące śpiewać. Na początku liczy się to, że chcą. Problem pojawia się, gdy do tej aktywności wkrada się bylejakość. A przejawem tego jest totalna stagnacja, brak rozwoju implikujący de facto cofanie się. Czy to naprawdę taki problem wpisać w wyszukiwarce hasło “guitar chords” i nauczyć się nowych akordów, skal? Bo rozumiem, że nie każdy ma fundusze na lekcje gry. Sam nie zawsze je miałem, ale wtedy korzystałem z dostępnych mi środków, aby cały czas pogłębiać swoją wiedzę muzyczną, umieć coraz więcej, grać coraz lepiej. Niestety dziś w Polsce często to granie na mszach (czyli na chwałę Bożą!) pozostaje na etapie hasła “bo ja kocham sposób, w jaki gram i nie potrzebuję się uczyć”. Totalne nieporozumienie! Jak robić coś dla Boga, to robić to najlepiej, jak to tylko możliwe, zwłaszcza jeśli chodzi o liturgię.

Dlatego rozpoczynam dyskusję. Jakie są Wasze doświadczenia? Co myślicie o zespołach grających na mszach? O potrzebie nieustannej edukacji, doskonalenia swoich umiejętności w służbie Bogu? Ja nie jestem wspaniałym, genialnym, wszystkowiedzącym muzykiem. Nie jestem. Ale staram się robić, co w mojej mocy, by do tego celu dążyć.

Pozdrawiam!

ryszard
www.blog.upjp2.edu.pl - Wordpress 2.8 - projekt graficzny, wdrożenie: Artedotum.pl