Rzecz o Ghostwriterze

dodano: 4 marzec 2010, autor: Paulina Brągiel

Zawsze uważałam, że nawet w obliczu pojawiających się kinowych nowości, należy zachować zimną krew i “nie rzucać się na kasy biletowe” już w pierwszym dniu projekcji filmu. Zwłaszcza jeżeli na półce w księgarni leży pozycja książkowa, będąca inspiracją tego filmowego szaleństwa. Najpierw lektura, potem przyjemność oglądania – taka była moja dewiza. Choć bardzo często prowadziła po prostu do rozczarowania kolejnymi ekranizacjami. Ale słowo pisane było ważniejsze. Było podstawą, bez której nie patrzyłam nawet w stronę kina.

Ale tym razem było inaczej. Nie było czasu na lekturę. W swym wariackim studenckim zabieganiu nie zauważyłam książki na czas. A potem było coraz gorzej. Data premiery, świetne recenzje i w końcu Srebrny Niedźwiedź w Berlinie. Autor Widmo Romana Polańskiego zaskoczył mnie i pozwolił złamać zasadę. X Muza tym razem królowała.

Kiedy zasiadałam z siostrą w kinowych fotelach, sala była pełna. Przyznać muszę, że z taką frekwencją dawno się nie spotkałam. Zaskoczyła też średnia wieku widowni – miło było poczuć się najmłodszymi widzami owego wieczoru. Światła zgasły, ekran ożył…

I cóż powinnam teraz napisać? Że było niesamowicie? Rewelacyjnie? Wartka akcja, wyśmienite role Pierca Brosnana i Ewana McGregora. I dwie kobiety – Kim Cattrall i Olivia Williams – doskonała prezentacja kobiecości i twardego charakteru. To wszystko prawda. Dodatkowo świetne prowadzenie kamery, zdjęcia, które nie pozwalają oderwać oczu. Co bym nie napisała – to wciąż będzie za mało. Ten film jednak wszystkim polecam. Rozumiem doskonale, że nie każdego interesuje polityka rządu brytyjskiego, czy mechanizmy działania CIA. Ale może po to, żeby przekonać się, że Bond, nie jest już agentem 007, ale prawdziwym aktorem. Może po to, żeby zobaczyć kamerlinga (poprzednia rola E. McGregora w “Aniołach i demonach”), który staje się na naszych oczach coraz dojrzalszym i lepszym aktorem.
Zdaję też sobie sprawę, że w odniesieniu do skandalu z Romanem Polańskim w roli głównej, niektórzy choćby dlatego nie wybrali się na ten film. Tu jednak chcę zaznaczyć, że nie powinniśmy oceniać go przez pryzmat błędów popełnianych w życiu osobistym. Gdyby nie był sławny, pewnie nawet o takiej sytuacji nie usłyszelibyśmy w mediach. Myślę, że należy zobaczyć w nim reżysera, a nie skandalistę z pierwszych stron gazet. A reżyserem jest doskonałym.

Tak właśnie pomyślałam, kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe. I wtedy rozległy się brawa. Najpierw nieśmiałe, zwiększające się z każdą chwilą. Ja też do nich dołączyłam. Bo film był tego wart. I pomyślałam również, że cieszę się i dumna jestem z faktu, iż Roman Polański jest Polakiem. Bo nam takich właśnie twórców kina potrzeba. Każdy bowiem reżyser, który tak fantastycznie potrafi zrobić film bez komputerowych efektów specjalnych, wykorzystujący w pełni potencjał aktora, jest dziś na wagę złota.

Kiedy piszę tę notkę, “książkowy” Ghostwriter leży tuż obok mnie. Już przeczytany. Lektura pozwoliła na dostrzeżenie pewnych niuansów słownych, skupieniu się na istotnych dla fabuły dialogach. I jak każda inna, dała przyjemność czytania i odkrywania tego, na co w filmie zabrakło czasu. Jednak zasady swej nie zmienię. Bo choć “Wilkołak” już w kinach, najpierw przeczytam, później obejrzę. Ale to już całkiem inna historia…

paulina

Gwiazdy z wyboru

dodano: 16 luty 2010, autor: Ryszard Święch

Pierwszy miał krzywe zęby. Nieco seplenił. Odstające uszy, w tym jedno wyraźnie uszkodzone podczas porodu, gdy wyciągano go żelaznymi kleszczami z łona matki. Przeraźliwie chudy, gdziekolwiek się pojawiał śmiano się z niego. Dziewczyny raczej go omijały, chłopcy wołali na niego “makaroniarz”. Pewnego dnia usłyszał w radiu najbardziej znanego wokalistę swoich czasów, Binga Crosby’ego, po czym przyszedł do rodziców i powiedział – zostanę najlepszym piosenkarzem na świecie. Szybko dano mu do zrozumienia, że to nie zajęcie dla niego, że nie można się z niego utrzymać i że mężczyzna powinien zajmować się czymś innym.

Drugi pochodził z równie niezamożnej rodziny. Jako syn mleczarza przez wiele lat wstawał o piątej rano, by rozwozić mleko w stoczniowym Wallsend. Było ciężko, w pewnych okresach wyraźnie brakowało im pieniędzy. Rodzice posłali go do katolickiej szkoły, która stała się jednym z największych koszmarów jego życia. Nie miał konkretnych planów na przyszłość, w oczach ludzi był tylko zwykłym, szarym chłopakiem, urwisem jak wielu innych. W trudach codzienności przyjaciółką stała się dla niego stara hiszpańska gitara pozostawiona w domu przez wujka, który wyemigrował z kraju. Chciał być jak Jimi Hendrix, którego niezwykłą grę na gitarze miał prawdopodobnie okazję wielokrotnie oglądać.

Trzeci pochodził z niezwykle biednej rodziny. Gdy był jeszcze mały roznosił gazety, by uchronić matkę od konieczności prostytuowania się. To jednak nie pomagało. Sytuacja rodzinna była okropna, wiele lat później napisze w swojej biografii, że matka dawała im środki przeczyszczające, co miało być najtańszym sposobem na pozbycie się wszelkich bakterii i wirusów z organizmu – dzięki temu dzieci miały być zdrowe. W pewnym momencie, gdy miał 11 lat zaczął śpiewać w kwartecie, a niedługo później zaczęła się jego przygoda z kornetem. Jego celem było stać się gwiazdą jak Joe “King” Olivier, geniuszem trąbki, najlepszym trębaczem świata.

Żaden z nich nie urodził się jako syn królowej jakiegoś państwa, ani nawet jako syn znanego muzyka. Żyli życiem zwyczajnych chłopców, jak wszyscy chodzili do szkoły, jak wszyscy byli nie raz obiektem drwin rówieśników, borykali się z kłótniami rodziców, z problemami materialnymi. Tym, co odróżniało ich od pozostałych było to, że słowo “chciałbym być…” zamienili na “zostanę…” – tym, że ich marzenia stały się planami, idee konkretnymi celami do zrealizowania.

Ów brzydki chłopiec, stał się niecałe 20 lat później bożyszczem kobiet i pozostawał nim prawie do śmierci. Podobno jego manager początkowo płacił przypadkowo spotkanym dziewczynom za to, by mdlały na jego koncertach, jednak później ta “motywacja” stała się zbędna. Nagrał tysiące utworów, przez pewien czas był uznawany za najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka na całym globie. Przez kilkadziesiąt lat był uważany za najlepszego, kongenialnego wokalistę, doceniano również niektóre z jego ról filmowych.

Chłopiec z gitarą trafił do mało znaczącego zespołu. Ich pierwsze koncerty trwały zaledwie 10min, za które dostawali ok 7 funtów brytyjskich. Pewnego dnia jako dorosły mężczyzna zobaczy na ulicy prostytutkę i napisze o niej niezwykle prostą piosenkę, która zapewni mu sławę, bogactwo, uznanie milionów fanów. Ich zespół stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów w Wielkiej Brytanii, a następnie zdobędzie serca ludzi na całym świecie. On sam po pewnym czasie rozpocznie karierę solową już nie tylko jako gitarzysta, ale jako wokalista, co jeszcze bardziej umocni jego pozycję jednego z najlepszych, najciekawszych i najbardziej oryginalnych artystów, muzyków świata.

Mały Satchmo, który wychował się ubogiej murzyńskiej dzielnicy Nowego Orleanu, ten sam mały Satchmo, który był tak silnie zapatrzony w swego idola, kilkanaście lat później sam będzie nazywany “King”. Zapisze się w historii jako pierwszy prawdziwy jazzman, prekursor i  mistrz improwizacji, geniusz trąbki, niezwykły wokalista.

Dlaczego o tym piszę? Bo często sam sobie próbuję wmówić, że bycie najlepszym w czymś, na przykład w moim byciu muzykiem, nie będzie mi dane, ponieważ do tego trzeba być predestynowanym, mieć specjalne warunki, najlepiej urodzić się w rodzinie muzyków, od 4 roku życia uczyć się już w szkole muzycznej. Dlatego, że widzę bliskie mi osoby, które marząc w kryjówkach swych pokoi, łóżek, nie pozwalają tym marzeniom przerodzić się w plany.

Do bycia Wielkim nie trzeba przeznaczenia, specjalnych, niezwykle korzystnych warunków. Trzeba jedynie zapisania lub wypowiedzenia na głos swoich celów, uporu, wiary i ciężkiej pracy. Jak tych trzech, którzy przebyli prawdziwą drogę “from zero to hero”, którzy dla swoich i następnych pokoleń staną się  przykładem do naśladowania w tym właśnie wyznaczaniu celów, uporze i ciężkiej pracy zainwestowanej w siebie. Jak tych trzech – Frank Sinatra, Sting i Louis Armstrong.

ryszard

przerwa

dodano: 13 luty 2010, autor: Joanna Mysona Byrska

Trwa przerwa semestralna, uczelnia nieco się wyludniła – przynajmniej ze studentów. Sekretariaty pracują pełna parą, administracja zbiera siły na początek letniego semestru.

Wykładowcy zaszyli się w zaciszu domowym i pracują pilnie nad przygotowaniem zajęć. Tylko studenci na chwię odetchnęli i mogą zająć się czymś innym niż nauką. Oczywiście pod warunkiem, że nie muszą nadrabiać zaległości i nie czeka nas – jakże przez wszystkich lubiana – sesja poprawkowa….

Miłego odpoczynku jeszcze przez kilka chwil :).

joanna

Próba sił

dodano: 7 luty 2010, autor: Paulina Brągiel

Moje przerażenie sięgało powoli punktu krytycznego. Nerwowo przebierałam nogami, wypatrując jednocześnie najszybszej drogi ucieczki. Drzwi? Za daleko. Okno? Za wysoko. To drugie piętro. Co z tego, że ucieknę, jeśli się połamię. Zatem, myślę dalej.

Wchodzili pojedynczo, wrzaskliwym “dzień dobry” informując o swojej objętości płuc. Zadziwiające anatomicznie, że wielkość płuc, nie odpowiada wcale wielkości biustu. W sumie, czemu się dziwię. Mnie też Bozia dała tylko w decybelach, które prawdopodobnie ukrywam we włosach. Bo nie na plecach ;p

I zadzwonił. Rozdzwonił się tysiącem dzwoneczków słyszalnych w każdej sali, w każdym korytarzu, w najciemniejszym zakamarku. W mojej głowie przypominał żałobny lament Katedry Notre Dame. Stało się. Drzwi zamknęły się z hukiem. Zostałam na placu boju. Na środku sali przed ryczącą trzydziestką czwórką trzynastolatków. Ich spojrzenia zdawały się mówić: “Jesteś tylko praktykantką. Pokażemy Ci, kto tu naprawdę rządzi”. Bo i prawda. Konieczność realizacji praktyk pedagogicznych dosięgnęła i mnie. I oto jestem. Zestresowana jak nigdy. Tu i teraz oblana zimnym potem.

Nie wiem, jak minęło te czterdzieści pięć minut. Co mówiłam i jak werbalnie, i niewerbalnie do ich mózgownic trafiałam. Grunt, że nie rzucali kredą, nie biegali po ławkach, nie wyzywali mnie biednej pod tablicą. I czy do sukcesu pedagogicznego można dopisać fakt dziesiątek pytań o konta na naszej-klasie i facebooku? O pytaniach o numer telefonu już nie wspomnę…

Dziś słyszę komentarze, że to była fajna lekcja. Z fajną panią. I to chyba sukces. Niezależnie od hierarchii słowa “fajny” w młodzieżowym slangu. Odnaleziona na obu portalach, zatwierdzam kolejne zaproszenia i odpisuję na maile. I niestety odpisywać muszę, że w szkole więcej się już nie pokażę. Niestety? No tak… Bycie belfrem, to nie moje powołanie. Ale lubię pracować z młodzieżą. Są przebojowi, głośni, otwarci i bardzo bezpośredni. Choć niektórzy są leniwi. Inni mało systematyczni. Jeszcze inni nadpobudliwi i niegrzeczni. To jednak są szczerzy w swoich uczuciach. Pełni potencjału, który po prostu trzeba odnaleźć. I to zadanie dla Was – przyszli młodzi nauczyciele. Ale Wy ze swoich praktyk wiecie o tym najlepiej.

paulina

Co ma wspólnego Sokrates ze stekiem?

dodano: 2 luty 2010, autor: Paulina Brągiel

I nikt. Nikt. No po prostu nikt. Nikt! Nikt nie znalazł. Nikt się nie zorientował! Nikt nie wypomniał! Nikt nie poprawił! Błędu. Błędu nikt nie zlokalizował! Przecież, to co napiszę świętym nie jest! I ja do świętości nie pretenduję, zatem poprawiać nie grzech, a znak, że czytacie byłby miłym mobilizatorem do kolejnego wpisu.

A tu nic. Pusto. Smutno. Zawiedziona jestem…
Nie wracajmy do tego co było. Co zatem na dziś?

Wolisz być smutnym Sokratesem, czy zadowoloną świnią?
Taki oto pytanie programu 1 Polskiego Radia obudziło mnie dziś rano. Pytanie na pozór łatwe i wywołujące śmiech, jednak dało mi do myślenia.

“Zadowoloną świnią. Zawsze masz szansę na mniej zestresowanego kotleta” padła pierwsza odpowiedź. Może rzeczywiście jest w tym trochę racji. Dobre, kruchutkie mięso, to dla niektórych warunek smakowitego obiadu. A gdy żołądek pełny, to i humor lepszy. Powszechnie wiadomo, że śmiech to zdrowie – rozładowuje napięcie, przyspiesza bicie serca, a tym samym poprawia krążenie krwi, aktywizuje mięśnie brzucha i twarzy. Psycholodzy natomiast o samym uśmiechu wypowiadają się w samych superlatywach – zmniejsza nieśmiałość, wpływa na poprawę relacji między ludźmi, łagodzi nasze lęki, pomaga w przełamywaniu barier językowych, religijnych, czy rasowych.
I śmiech, jak się okazuje, może być nawet dochodowy. Sesje terapeutyczne śmiechem, stają się coraz bardziej popularne, zwłaszcza dla zestresowanych i zapracowanych ludzi, którzy tylko przez te 30 minut sesji potrafią się zrelaksować. Wam tego nie życzę – takiego zestresowania – nawet w sesji. Ale ostrzegam – nie bijcie głową w ściany, w ławki itp. Za śmiech i w ogóle za dobre samopoczucie odpowiedzialny jest bowiem nasz płat czołowy.
Zatem śmiejmy się! Nie podczas jedzenia – bo to grozi zadławieniem. I nie na wykładach. Jednakże uśmiechać się do profesorów nie zabronię.

A smutny Sokrates? Mądry był człowiek. Dociekliwy. Uparty. Miał brzydką żonę. I go otruli. Wynik – marnie skończył.

Dziś 2 lutego. Dzień pozytywnego myślenia. Uśmiechajmy się więc. Do swojego odbicia w lustrze i do ludzi na ulicy. Na uczelnianych korytarzach i w tramwajach. Na wykładach i na kawie ze znajomymi. Uśmiechnijcie się do własnych myśli. Nie bądźmy narodem ponuraków! Śmiejmy się głośno, aż do łez, do rozpuku.

Nie obejdzie się jednak bez moralizowania. Wypada mi tu wspomnieć o czymś takim, jak umiar. Trzeba wiedzieć, kiedy się śmiać i z czego. Odrobina dyplomacji i savoir vivru każdemu i zawsze się przydaje.

I co na to Sokrates? Może gdyby się więcej uśmiechał, to i Ksantypę by w lepszych kolorach ujrzał?
Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie zabraniam nikomu się smucić. Czasem nawet zalecana jest chwila na refleksję, czy medytację. Łzy też są potrzebne – przynoszą ulgę w cierpieniu, a z anatomicznego punktu widzenia, oczyszczają nasze gałki oczne. Łez nie należy się wstydzić (i to tyczy się również panów). Bycie wrażliwym i czułym nie przynosi nikomu ujmy.

Ale dziś pozytywnie. Z uśmiechem do świata.
Wolę być zadowoloną…kobietą. :)

paulina

Pakt z Diabłem

dodano: 17 styczeń 2010, autor: Paulina Brągiel

A może by tak…?
Żeby się raz podpisać i żyć wiecznie. Przeżyć możnych i wielkich tego świata. Poznać kolejne epoki. Przekonać się, dokąd pędzi ludzkość. Mieć czas na podróże, na ulubione książki, na długie, leniwe spacery. Swojej porannej kawy nie wypijać w pośpiechu. Żadna chwila nie byłaby tą ostatnią. I na zawsze złączyć swoją przyszłość z przyszłością świata…

A może by tak…?
Jeden podpis i mieć wiedzę najmądrzejszych tylko dla siebie. Każda sesja zaliczona w terminie zerowym. Stypendium naukowe w kieszeni. Wybierać wśród najlepszych uczelni świata – Oxford, Cambridge, La Sorbonne… A potem…Nobel? Pulitzer? Nike? To już kwestia wyboru…

A może by tak…?
Założyć się z samym Diabłem. I ten zakład wygrać. Choć trzeba przyznać – jeśli przegrasz, płacisz wysoką cenę…

Zakładu z Diabłem podjął się kiedyś Doktor Parnassus. Mędrzec, człowiek wielkiego umysłu. Można powiedzieć o nim – idealista. Być może dlatego Szatan rzucił wyzwanie właśnie jemu. Parnassus otrzymuje wieczne życie w zamian oddając  swoje dziecko. Diabeł jednak proponuje kolejne zakłady. On bowiem czuje się znudzony. Szuka zatem rozrywki, jaką może mu dać choć odrobina adrenaliny. A nagroda, córka Parnassusa, jest kuszącą nagrodą…

Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła. Czy rzeczywiście oszukał? W jaki sposób udało mu się wygrać? Na te pytania odpowiedź czeka w kinie.
Zapewne niektórzy z Was zobaczą ten film dla ostatniej roli Heatha Ledgera. I tym osobom wcale się nie dziwię. To przecież moja ciekawość zaprowadziła do sali kinowej i dała przetrwać seans w pierwszym rzędzie.
Film ten to również gratka dla fanów (a może fanek) Jonny’ego Deppa, Jude Lawa i Collina Farrela. Pojawiają się w filmie, jako kolejne wcielenia Ledgera, co jednak okazuje się wyjątkowym i oryginalnym pomysłem.
Jednak trzeba przyznać, że najciekawszą kreacją okazała się rola Diabła, fantastycznie zagrana przez Toma Waitsa. Dystyngowany pan w meloniku, z cygarem. Kiedy się pojawia, wszystko zwalnia, niczym głęboki oddech przed ponownym skokiem w akcję. W tle delikatny dźwięk saksofonu…

No bo któż by nie chciał żyć wiecznie? Nawet Lord Blackwood… Tak, o najnowszym Sherlocku Holmesie słów kilka.
Od dawna znany nam bohater i jego wierny przyjaciel. Ale spojrzenie na postać całkiem nowe. Holmes początkowo wywołuje coś w rodzaju sympatycznej odrazy. Nieumyty, nieogolony, niedoprasowany. To nie obraz typowego brytyjskiego dżentelmena. A jednak lubimy go. Za jego bezpośredniość, zgryźliwość, niecodzienne metody pracy. To dr House tamtych czasów. Powiecie: zbyt mocne porównanie? Jeśli wybierzecie się do kina, sami przyznacie, że Holmes korzysta z wielu pierwowzorów. Tworzy natomiast bohatera, którego chce się oglądać.
I moja prywatna pochwała. Dla Watsona. Dla Jude Lawa, który w roli spokojnego doktora jest po prostu genialny.
Główni aktorzy nie zawiedli. Również efekty specjalne mogą wzbudzać podziw. I muzyka… o tak… Hans Zimmer. I nic dodać, nic ująć.

Kieszeń studenta, wiadomo, dość płytka. A okazji do wydawania wiele. Jeżeli jednak znajdziesz Czytelniku okazję, wybierz tym razem X Muzę. Nie musi to być koniecznie Parnassus, czy Sherlock Holmes. Wybierz coś tylko dla siebie. I w tym przedsesyjnym zamęcie znajdź chwilę na oddech.

paulina

Z życia wzięte…

- To Pan wierzy w to, że Jezus naprawdę jest Bogiem?

- Tak, wierzę.

- Proszę w takim razie uzasadnić swoją wiarę…

Nie wiem, czy ktoś z Was przeżył rozmowę mniej więcej tego typu, ale mi się zdarzyło. Oczywiście najczęściej w wyniku spotkania ze Świadkami Jehowy. Czasem także wiara w nieco inne kwestie może spotkać się z żądaniem uzasadnienia, na przykład spotykając się z Protestantami często rozmowa schodzi na temat Maryi, świętych, kultu obrazów itd. Sytuacje tego rodzaju, jakie przydarzyły mi się kilka razy w ostatnim czasie, doprowadzają mnie do wniosków, które są cokolwiek przerażające, a na pewno bardzo smutne.

Przede wszystkim zobaczyłem dzięki nim, że jako student IV roku teologii nie potrafię uzasadnić swojej wiary. Co gorsza, zrozumiałem, że najprawdopodobniej nie potrafi tego prawie żadna z osób, które spotykam na niedzielnej Mszy Świętej. Wyobraźcie sobie taką sytuację: ktoś przychodzi, daje Wam Pismo Święte i mówi – “mówisz, że wierzysz w to, że Jezus jest Bogiem, udowodnij mi to w oparciu o samą Biblię”. To przecież najbardziej fundamentalna kwestia! To nie jest problem teoretyczny, a sytuacja nie jest czysto hipotetyczna. To jest sytuacja, która ma miejsce każdego dnia, na wielu ulicach w Polsce i na świecie. Wywołuje to we mnie pytania: gdzie się podziała moja wiedza? Gdzie jest ta wiedza, z chrystologii, trynitologii, z innych dziedzin, która przecież dla wielu z Nas w indeksach została oceniona notami 5 czy 4? Dlaczego często nie ma owoców tej wiedzy, dlaczego ona nie przekłada się na nic więcej, niż pozytywną ocenę na karcie egzaminacyjnej?

Zastanawiam się nad tym od pewnego czasu i jako jeden z powodów mógłbym podać nieco źle, według mnie oczywiście, zaprojektowany system edukacji. Gdy patrzę na siatkę godzin kierunku “teologia” i na same wykłady, na to, czego jesteśmy uczeni, to mam wrażenie, że panuje powszechny “historycyzm”. Uczymy się, co, kto i kiedy powiedział. Na przykład, że Bazyli mówił o Trójcy to i to, o Eucharystii to i to, a o ubóstwie to i to. W zasadzie można odnieść wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane, że po prostu naszym zadaniem jest uczyć się tylko, co powiedzieli inni.

Dlatego chciałem zapytać: a gdzie jest miejsce na PROBLEM? Gdzie czas na aktywizację studentów, na to, by w oparciu o uzyskaną wiedzę, mieli zmierzyć się z konkretnym wyzwaniem? Dlaczego na ćwiczeniach nie ma zupełnie takiego podejścia? Przecież nauka Kościoła wzięła się właśnie stąd – z odpowiedzi na PROBLEM, z konkretnych wyzwań, sytuacji. Pojawił się Ariusz i Biskupi spotkali się na Soborze i szukali odpowiedzi na problem w oparciu o wiedzę z Pisma Świętego i Tradycji, czyli tych, którzy byli przed Nimi. I tak było również i później. Wszak wiemy, że w średniowieczu na uniwersytetach dysputy były podstawą systemu edukacji. Kształtowała się retoryka, dialektyka, erystyka. Spójrzmy na budowę Sumy Teologicznej Tomasza: jest PROBLEM, a następnie Tomasz pisze mniej więcej tak – Pismo Święte mówi to, Tradycja mówi to, ja zaś myślę, że jest tak i tak. Św. Tomasz nie miałby problemu w rozmowie ze Świadkami Jehowy… nie miałby. Bo jego wiara i wiedza były poddawane przez Niego samego i przez innych w wątpliwość, to była wiara szukająca zrozumienia.

Ja nie zajmuję się układaniem planów studiów. Jestem prostym studentem, który poddaje czasem w wątpliwość sens swoich studiów, który pyta o swoją przyszłość, o to, czy było warto. Bo szczerze mówiąc, jeśli sprawa ma wyglądać tak, że studenta kończącego teologię i studenta kończącego np. metalurgię ma różnić tylko dyplom, bo ten drugi wiedzę z zakresu teologii znajdzie w wikipedii czy googlach- to nie ma według mnie sensu studiować teologii. Skoro studenci kierunków ścisłych mają swoje “laborki”, mają czasoprzestrzeń sprawdzenia swojej wiedzy w praktyce, to dlaczego nie mają jej mieć studenci teologii? W mojej opinii teologia, jako nauka o Bogu, winna stać się wiedzą praktyczną, nauką wierną Bogu i człowiekowi, nauką będącą przy człowieku w jego pytaniach i problemach. Bo katechecie w szkole indeks wypełniony piątkami się nie przyda, przyda mu się za to umiejętność odpowiadania na pytania uczniów, umiejętność dyskusji, odwaga i zaplecze intelektualne i metodyczne do mierzenia się z ich problemami.

ryszard

w zamyśleniu

dodano: 31 grudzień 2009, autor: Paulina Brągiel

Pewna blondynka. Wysoka, zgrabna. Szary golf podkreślał burzowy kolor jej  oczu. Siedziała przy stole, wpatrzona w pusty kubek. Nie tego się spodziewała. Nie przed Świętami, nie na koniec roku. I przede wszystkim nie sądziła, że tak bardzo się pomyliła. To był jej przyjaciel. Mentor, którego traktowała, jak ojca. A jednak zawiódł…

Szatynka. Energiczna, pracowita, systematyczna. Siedząc za biurkiem, powoli zapanowywała nad oddechem. Nieczęsto zdarzało jej się płakać. Ale tego dnia łza okazała się jej wiernym towarzyszem. Widziała, że jest świetna w tym co robi. Jeśli czegoś nie wiedziała, nie wstydziła się zapytać, nie bała się szukać pomocy i rady. Ale przecież jest tylko człowiekiem. I ma prawo się pomylić. Błąd nie skreśla człowieka. Ale jego ostre słowa zabolały. Ostre, jak sztylet, przebiły tarczę opanowania. Pojawił się żal, rozgoryczenie, zwątpienie…

Brunetka. Zadbana, elegancka kobieta. Profesjonalna we wszystkich aspektach życia. Świetny organizator, dobry przywódca. W zamyśleniu poprawiała czarną sukienkę. Chłodna, nieprzystępna. Zbudowała wokół siebie opinię zimnej i wyrachowanej. Kiedy wchodzi, rozmowy milkną. Pojawiają się szepty, nieprzyjazne spojrzenia. Ale ona już taka jest. Ma trudny charakter. Ale jak każdego, najpierw i ją trzeba poznać, a potem oceniać…

Delikatnie odgarnęła blond grzywkę. Wpisywała do kalendarza kolejne zadania, już na nowy rok. Rozmowy, spotkania, znów pracowicie. Popatrzyła w zamyśleniu na koleżanki. Uśmiechnęła się delikatnie i już wiedziała…

Nowy Rok. Nowe wyzwania. Nowe plany do zrealizowania. Ale jednocześnie niepewność, pojawiające się pytania, ciekawość. Co przyniesie nowe…

Moim zamyślonym koleżankom i Wam, Drodzy Czytelnicy, życzę, aby Nowy 2010 Rok nie przyniósł rozczarowania. Życzę spotkania wartościowych osób, szczerych i ambitnych, które będą od Was wymagać, ale też docenią trud i wykonaną pracę.
Wiem, doba ma tylko 24 godziny, a tydzień 7 dni. Ale mam nadzieję, że znajdziecie czas i na naukę, i na prace semestralne, i na ciekawą książkę do poduszki. Nie zapominajcie jednak, że warto się czasem  wybrać do kina, do teatru, na ciekawy wernisaż.
Wszystkim, którzy się boją, życzę odwagi i pewności siebie. Nie chowajcie głowy w piasek. Nie uciekajcie przed nieznanym. Będzie trudno, bo recepty na dobre i wygodne życie jeszcze nie wynaleziono. Ale radość i satysfakcja, uznanie w oczach bliskiej osoby, to jedna z najcenniejszych nagród, jakie możecie otrzymać.
A tym, którzy piszą – licencjaty, magisterki, doktoraty, habilitacje, artykuły, prace semestralne – życzę weny, o tak.
Daru Sherlocka Holmesa w wyszukiwaniu fachowej literatury.
Daru selekcjonera Kazimierza Górskiego, by wybrać, to co najlepsze.
Daru dziennikarskiego Szymona Hołowni, by nie zabrakło słów w najważniejszym momencie.
Daru cierpliwości Anioła Stróża, który tak wiele musi z Tobą, Czytelniku, wytrzymać.

Wam Wszystkim – by było lepiej… :)

paulina

Ani słowa o miłości

dodano: 17 grudzień 2009, autor: Paulina Brągiel

Czas ma to do siebie, że wciąż, na przekór prośbom i modlitwom, upływa. Zegarki, nawet te bez baterii, nieubłaganie przypominają mi, jak bardzo jestem spóźniona. Bo taki był ten ostatni miesiąc – aktywny. Kalendarz stał się moim najlepszym przyjacielem i, przyznaję się szczerze, mózgiem przechowywanym w torebce.
Zajęcia, pisanie pracy magisterskiej, praca. A dodatkowo życie kulturalne Krakowa, którego nie można pominąć.

97 lat. Potomek Habsburgów. Smakosz piwa. Mistyk, który odnalazł Pana Boga pod prysznicem. Ojciec Joachim Badeni, bo o nim mowa, spotkał się z młodymi ludźmi w kapitularzu OO. Dominikanów. I jak zawsze zgromadził wokół siebie tłumy. Pytaniom nie było końca. O koniec świata, o wiarę, o miłość, i oczywiście, o kobiety. Ojciec Joachim z właściwą sobie wnikliwością, potrafił odpowiedzieć na każde z nich.
I tak siedział pośród nas, w zielonym fotelu, popijając coca colę. A my chłonęliśmy każde słowo, pragnąc usłyszeć od niego jak najwięcej.

Kolejnym punktem w kalendarzu był Festiwal Etiuda & Anima. Fantastyczne pokazy konkursowe i perełki animacyjne dla koneserów. Prawdziwy raj dla kinomaniaków. Rarytasem tegorocznej edycji Festiwalu był pokaz filmów krótkometrażowych w reżyserii Barrie McLean: Tybetańska Księga Umarłych: Droga Życia i Tybetańska Księga Umarłych: Wielkie Wyzwolenie. Filmy o śmierci, ale przepełnione nadzieją na kolejne życie.

I tak – człowiek stara się kulturalnie rozwijać, a tu szara rzeczywistość. Przyszedł czas zaliczenia. Z “Kultury czasu wolnego”. Tak, nasuwa się pytanie – czym jest czas wolny? Czy student posiada coś takiego, jak czas wolny? Przecież każdą chwilę poświęcamy na naukę, na pisanie prac zaliczeniowych, na czytanie lektur, lub na sen, tak niezbędny i tak ważny dla życia studenckiego. Są jeszcze koncerty i imprezy, ale to jest przecież tworzenie listy kontaktów potrzebnych dla późniejszego życia zawodowego.

Zaliczenie zaliczeniem, a czas wolny jednak mamy. Ja zresztą też, co odkryłam całkiem niedawno, również w swoim kalendarzu. Sprawcą całego zamieszania okazał się przystojny brunet, który kazał mi stanąć przed lustrem i wypowiedzieć kilka komplementów na swój temat. Brutalne? Nierealne? Niemożliwe? Ależ skąd. :)
Przystojnym brunetem jest Konrad, a zamieszki szkoleniem z zakresu motywacji i zarządzaniem swoim (cennym) czasem.
Szkolenie odbyło się 12 grudnia w “Lochach” Samorządu Studenckiego. Część pierwsza, bardziej teoretyczna, ukazywała tajniki tworzenia własnej poprawnej samooceny. Samokoncept bowiem, to zbiór przekonań, jaki posiadamy na swój temat. Od samokonceptu zależy nasza postawa. A od postawy – potencjał, jaki możemy w życiu wykorzystać.

I tak ćwiczyliśmy wypisywanie pozytywnych przymiotników o sobie samym. 50 przymiotników. W 5 minut. Ćwiczenie szczerze polecam. Drogi Czytelniku – zacznij już dziś. I powtarzaj ćwiczenie codziennie. A po jakimś czasie, stań przed lustrem i powiedz je głośno. I uśmiechnij się do siebie.
A teraz uwaga do Czytelniczek. Patrząc rano na swoje odbicie, nie myśl proszę, że jest nieuczesane i bez makijażu. To jesteś prawdziwa Ty. I widzisz siebie tylko Ty sama. Więc zaszalej! Odrobina narcyzmu nie może przecież zaszkodzić. :)

A wnioski? Refleksje? Czy też szkolenie idzie w zapomnienie? O nie!
Wszystkim takie szkolenie z serca polecam. A wiem nieoficjalnie, że reedycja prawdopodobnie nastąpi. I zapewniam, że taka sztuka samomotywacji, każdemu może się przydać.

A najważniejsze przesłanie dla Was wszystkich:

Myśl daje efekt.
Jeśli czegoś naprawdę chcesz – zrób to.
I uwierz. W siebie i w to, że potrafisz.

paulina

Szatan i czapka niewidka

dodano: 29 listopad 2009, autor: Ryszard Święch
Tagi:

Mam przygnębiające wrażenie, że dzisiaj Szatana już nie ma. Po prostu – założył czapkę niewidkę i zniknął. Mało śmieszna to rzecz, gdy zrozumiemy, że to głęboko strategiczne posunięcie sprawia, iż łatwiej nam iść za nim teraz, niż kiedykolwiek wcześniej…

Najprościej można powiedzieć, że Szatan stara nam się wmówić, że po pierwsze coś takiego jak zło w ogóle nie istnieje. Dla Arystotelesa to dobro stanowiło cel każdego działania. Innymi słowy cokolwiek robimy, zawsze robimy to dla jakiegoś, subiektywnie pojmowanego, dobra. Jeśli zatem ktoś kradnie coś w sklepie, nie robi tego po to, by kogoś okraść, ale by na przykład wyżywić rodzinę – widzi w tym dobro, nie zło. A nawet jeśli kradnie, by zrobić komuś na złość (świadomie chce wyrządzić zło), tak czy owak robi to dla jakiegoś dobra, którym w tym przypadku jest osiągnięcie satysfakcji, chęć rozładowanie napięcia itd. I tak można mnożyć przykłady.

Szatan próbuje zniknąć na różne sposoby. Nie chce, byśmy go widzieli, nie chce, byśmy się go bali. Nie jest już z zewnątrz taki, jakim go ukazał Mel Gibson w “Pasji” – bladym, bez wyrazu, emocji, który jednocześnie jak lew ryczący krąży szukając, kogo pożreć. Nie. Dziś Szatan jest z zewnątrz kimś bardziej uśmiechniętym, trendy, dostarczycielem wszelkiem maści rozrywek, a jednocześnie pomocnikiem, doradcą, przewodnikiem. Jego podstawową metodą zdaje się być swoista “gra wstępna”. Już nic nie dzieje się jasno i wyraźnie, nie ma cyrografu, podpisów krwią. Co zatem jest?

Dziś są pokemony, joga, wschodnie sztuki walki, Harry Potter, bioenergoterapia, horoskopy,  jest proza Paula Coelho i wiele innych często pięknych, wzniosłych, wesołych odstresowująco-rozluźniająco-pobudzająco-uzdrawiająco-usprawniających rzeczy, które jak się po pewnym czasie okazuje, nie prowadzą wcale tam, dokąd prowadzić miały. Ta ‘gra wstępna’ widoczna jest niemalże na każdym kroku. Ile z Was ogląda obecnie w telewizji bajki na kanałach dla dzieci? O czym one są, czego uczą, co pokazują? Nie chcę powiedzieć, że wszystko jest złe, ale że nie wszystko jest dobre. Ja wychowałem się na Kubusiu Puchatku, baśniach Andersena, Małym Księciu, a jeśli chodzi o telewizję to oglądałem Misia Koralgola, Bolka i Lolka, Krecika, Przygody Kota Filemona oraz Baltazara Gąbki. Dziś widzę choćby Happy Three Friends, Włatców Móch i inne tego typu produkcje, które niby są bajkami dla dorosłych, lecz oglądają je również dzieci. Ile z nich zastanawia się nad tym, że Władca Much to tłumaczenie słowa Belzebud, które jest używane w Biblii jako jedno z określeń Szatana? A ile z nich później zacznie oglądać “1000 złych uczynków”, serial który zdaje się być krokiem “naprzód” w stosunku do Włatców? To wszystko gdzieś ciągle przewija się przed naszymi oczami – przemoc, seks, przestępstwa, zabójstwa – wszystko podane na ładnym talerzu, czy w ozdobnym pudełku opasanym czerwoną kokardą.

Policja zastanawia się obecnie, jak dotrzeć do młodych (i nie tylko młodych) ludzi, by przestali wsiadać za kierownicę pod wpływem alkoholu. Najpierw mówiono, ostrzegano, później zaczęto mówić o statystykach śmiertelności, montować “czarne punkty” przy drogach. Teraz trzeba się uciekać do “kampanii agresywnych”, w których pokazuje się zwłoki zabitych, radość sprawców przed i smutek po wypadku. I wszyscy dziwią się dlaczego tak silne środki nie przynoszą efektów!? Nikt nie zastanawia się nad tym, że ci młodzi ludzie wychowali się na filmach, w których podstawą fabuły musi być pobicie, morderstwo lub gwałt. Można zapytać retorycznie, o czym jest “Ojciec Chrzestny”, uważany powszechnie za najbardziej znaczący film w historii kina?

W pewnym momencie owa ‘gra wstępna’ z Szatanem okazuje się jednak być jednym, wielkim, druzgocącym kłamstwem. Bo kimże on jest, jeśli nie właśnie Ojcem Kłamstwa? My wiemy, że naszym drogowskazem ma być Słowo Boże i to Ono ma nam pomagać stać w Prawdzie, stronić od kłamstwa. Tyle że biblijne zalecenia, by wystrzegać się wszystkiego, co ma choćby pozór zła lub nie dotykać smoły, by się nie usmolić wcale nie są takie proste w zastosowaniu. Dziś bowiem coraz rzadziej cokolwiek przejawia pozory zła, a smoła coraz częściej wygląda jak pyszny lukier.

ryszard
www.blog.upjp2.edu.pl - Wordpress 2.8 - projekt graficzny, wdrożenie: Artedotum.pl