Nie wiem ile w tym prawdy a ile żartu, ale słyszałem kiedyś, że swego czasu w Regule św. Benedykta stał na końcu jeszcze jeden człon, tak że brzmiała ona “Ora et labora et recreatio” – Módl się, pracuj i odpoczywaj. Różnica jest niebagatelna. Dlaczego? Ujawnia bowiem trzy święte czasy, trzy kluczowe płaszczyzny naszego życia.
Modlitwa
Z chrześcijańskiego punktu widzenia, modlitwa winna przenikać całe nasze życie, zgodnie z wezwaniem “nieustannie się módlcie!” (por. 1Tes 5, 16-18). Ma ona towarzyszyć nam na początku kadej drogi, czynności, gdy prosimy o błogosławieństwo, pomoc, w trakcie, gdy dana sprawa, czynność się urzeczywistnia, a także po jej zakończeniu, w formie dziękczynienia. Niby to takie proste, ale ile z nas faktycznie traktuje te słowa serio? Ile z nas czyni modlitwę podstawową rzeczywistością swojego życia, a ile spycha ją i ogranicza do odmówienia “paciorka” rano/wieczorem, albo czeka z nią na niedzielną Mszę? A ile codziennie czyta choćby 15 min. dziennie Pismo Święte, idzie na Mszę, albo odmawia brewiarz? A może to zbyt duże i obciążające wymagania dla studenta, ucznia, pracownika, ojca czy matki? Ja biję się w piersi, bo często mój czas modlitwy, przebywania z Bogiem zostaje wypełniony przez przebywanie z telewizorem, NK czy Facebook’iem… i tak po trzech godzinach: “o nie! przecież miałem przeczytać chociaż jeden rozdział Ewangelii!” Tak właśnie się to kończy… a bo to, a bo tamto. Ale najczęściej chyba dlatego, że przed nami:
Praca
Problem z pracą w dzisiejszych czasach polega na tym, że jej ilość często jest odwrotnie proporcjonalna do czasu modlitwy. Dzieci idą do szkoły, po szkole jedzą drożdżówkę albo szybki obiad i huzia na zajęcia dodatkowe, a wieczorem odrabianie lekcji – i tak codzinnie, bo w sobotę i niedziele często sprzątanie, basen itd. itp. Studenci mają chyba podobnie, zwłaszcza teraz, gdy coraz więcej osób studiuje dwa (czasem i więcej) kierunki jednocześnie, a do tego również dochodzą zajęcia dodatkowe oraz osobliwa konieczność nauki, w okresach wzmożonego zagrożenia kolokwiami… Ale po studiach też coraz częściej wygląda to podobnie: rano do pracy, do domu wraca się o 17tej, czy 18tej, trzeba coś zjeść, posprzątać i oczywiście przygotować się na następny dzień. W ten sposób często lekceważymy modlitwę, bo zamiast 5 minut się modlić wolimy wybrać zaparzenie kawy, która postawi nas na nogi i pozwoli pracować przez kilka godzin. Są jednak osoby, które potrafią znaleźć czas na jeszcze coś, a niektórzy przeznaczają na to tyle czasu, ile powinni przeznaczyć na pracę:
Odpoczynek
I ta kwestia jest dla mnie szczególnie interesująca. Wydaje mi się bowiem, że dużo mówi się o modlitwie i pracy (nawet o teologii modlitwy i teologii pracy), a wciąż za mało zastanawiamy się nad odpoczynkiem. A to jest właśnie chyba punkt zapalny: bo coraz częściej nie wiemy, co z tym czasem robić , a wtedy zaczyna się to, co najgorsze – mieszanie poszczególnych płaszczyzn. Ile znacie osób, które siadają w fotelu, włączają muzykę i po prostu przez powiedzmy godzinę wyłącznie słuchają? Nie, my musimy robić kilka rzeczy jednocześnie, muzyki słuchamy jadąc samochodem, prasując, ucząc się… niby ok, muzyka towarzyszy naszemu życiu, ale gdzieś zapominamy, że muzyka to pewien język i ktoś, coś do nas w tym języku chce powiedzieć. Wyobraźmy sobie, że spotykamy np. Anglika czy Niemca i on zaczyna coś do nas mówić, a my w tym czasie słuchamy na słuchawkach muzyki i jednocześnie prasujemy ubrania. Głupi przykład? Może i tak. Ale pokazuje, że w takich okolicznościach trudno coś zrozumieć, a tak właśnie dzisiaj robimy.
Problemem dzisiejszego świata jest to, że mieszamy owe ‘święte czasy’. Najlepiej pracuje się nam w niedzielę, najbardziej odpoczywać chcielibyśmy w poniedziałek rano. Czasem przesadzamy w jedną stronę i bez przerwy pracujemy, kiedy indziej odwrotnie – możemy cały dzień spać, oglądać telewizję i korzystać z dobrodziejstw internetu (ja swego czasu byłem na przykład uzależniony od portali informacyjnych, odświeżałem stronę co kilka minut, żeby sprawdzić, czy na świecie nie wydarzyło się coś nowego, strasznego, ciekawego… i tak mogłem 2-3 godziny…). A kiedy już odpoczywamy, to też nieumiejętnie, albo pracujemy i wmawiamy sobie, że ta praca to tak naprawdę odpoczynek. W tym wszystkim najgorsze jest chyba to, że pomiędzy dwiema rzeczywistościami – pracą i odpoczynkiem – zupełnie gubi się gdzieś modlitwa. I rozpoczyna się codzienna mantra, znana z Dnia Świra: “praca, posiłek, proszki sen… praca, posiłek, proszki sen…”.
Ten tekst jest wyrazem mojej frustracji na samego siebie, ale i wynikiem obserwacji innych ludzi. Mam nadzieję, że udało mi się zwrócić Waszą uwagę na pewien problem. Jednocześnie życzę, byśmy lepiej potrafili korzystać z danego nam czasu. Bo wszystko w życiu ma swój czas – i modlitwa i praca i odpoczynek – my tylko musimy wiedzieć, co kiedy zacząć i kiedy zakończyć.